Lacrimosa

Loading...

sobota, 3 sierpnia 2013

Drugi pokład

Biegła. Ile sił w nogach goniła nie bardzo wiedząc, w którą stronę. Nie było czasu na zastanowienie, gdzie powinna ruszyć. Szaleńczy bieg na oślep. Nie odwracała się, nie mając pewności czy za chwilę to, co było za nią nie skoczy do gardła. Trzask łamanych z impetem gałęzi sygnalizował, że ucieczka nie jest najlepszym rozwiązaniem, a już na pewno nie daje szansy wygranej. Jeszcze jednak próbowała, być może gdzieś zza zarośli cudownym trafem wyrośnie przed nią, schronienie. I nie ważne czy będzie to jakieś domostwo, jaskinia, czy może świetnie zakamuflowana półka skalna.
Kosmyki długich, posklejanych od potu włosów spadały jeden po drugim na opuchnięte oczy. Wstrząsała głową, by przywrócić je do porządku. „Byle tylko się nie przewrócić” – pomyślała. Las nie był wcale tak mocno zarośnięty. Przeciwnie, wyglądał jakby całkiem niedawno przerzedzono go specjalnie na tę okazję. Spomiędzy wysokich jodeł i świerków dumnie wyrastały potężne skały.
Cisza. Nieoczekiwanie zapadła cisza. Tylko w górze wciąż roznosiło się złowieszcze skrzeczenie dużych, czarnych ptaków. Przystanęła i rozejrzała się uważnie. Drzewa, jedynie one kołysały się przy samych wierzchołkach. I te ptaki. Skąd się wzięły i czemu tak dziwnie skrzeczały? Wielkością i barwą zbliżone do pospolitego kruka, jednak krótki, spłaszczony dziób i coś na kształt spiczastych uszu, osadzonych tuż nad wyłupiastymi oczami, czynił je bardziej podobnymi do nietoperza. Krążyły nad drzewami w jakimś szaleńczym tańcu. Co rusz, któreś ze skrzydlatych stworzeń ślepło chyba, zniżając, bowiem lot niespodziewanie uderzało w drzewa i jedno za drugim padało u stóp dziewczyny.
Odskoczyła widząc kolejnego ptaka lecącego wprost na nią. Cały las wirował.
- Dokąd teraz – powiedziała do siebie. – Co to ma być? – Przykucnęła i spojrzała na stworzenia leżące bez ruchu. Czarne lotki wyrastały z czegoś, co wyglądało na poprzeczne, grube wyrostki. Wysunięte poza trójkątną głowę oczy miały eliptyczną źrenicę, a spłaszczony dziób sprawiał wrażenie jakby rozlewał się wkoło głowy. – Brrry – Wstrząsnęło nią. Z obrzydzeniem kopnęła jednego z latających potworków i ruszyła przed siebie. Dopiero teraz poczuła ból tuż nad kostką. Przebiegła wzrokiem pobieżnie. Niewielka rana i strużka krwi sącząca się w kierunku stopy.
Wciąż panowała cisza.
Powoli zapadał zmrok, nadal jednak nie zauważyła śladów mogących naprowadzić do ludzkich siedlisk. Surowa dzicz i co najdziwniejsze również żadnych przejawów obecności zwierząt. Zachodzące słońce rozrzucało ostatnie promienie między gałęziami powodując dziwny dla oka widok. Jakby szeroki pas światła pocięty został na szereg drobnych nitek.
I nagle spod wysuszonych igieł, wyściełających porośniętą mchem ziemię, dostrzegła okrągły właz. Opadła na kolana i ręką przetarła metalową klapę. Nie było łatwo ją podnieść, a kiedy wreszcie to się udało uderzył w nią silny podmuch wiatru.
Spojrzała w dół. Nie była w stanie niczego dostrzec przez białe, oślepiające światło bijące gdzieś z głębi ziemi. Pospiesznie złapała najbliżej leżący kamień i wrzuciła go nasłuchując odgłosu uderzenia. Kilka metrów w dół i głuchy łoskot. – Nie jest tak wysoko – stwierdziła i po omacku opierając stopy na czymś, co mogło służyć za schody niknęła z powierzchni.

Cała osada wraz z uderzeniem miejskiego zegara gromadziła się w szynku. Od roku każdej stopnicy, która stanowiła ostatni dzień tygodnia, zbierali się w gospodzie, aby wysłuchać najnowszego raportu Komendanta Obrońców Wyzwolonych. Kobiety, mężczyźni i targane przez nich potomstwo zajmowali miejsca, gdzie tylko się dało.
Cała wioska poorana była drewnianymi rusztowaniami, ustawionymi nad szybami, stanowiącymi źródło utrzymania mieszkańców, ale też schronienie przed dziesiątkującymi okoliczne siedliska mieszańcami.
Nikt w zasadzie nie wiedział skąd się wzięły w okolicznych lasach, ani z jakiego rodzaju krzyżówki powstały. Stwory były niezbyt wysokie, ale dobrze umięśnione. Całe ciało mieszańców pokryte jakby zlepkiem rozmaitych łusek, głowa szeroka, osadzona bezpośrednio na masywnych ramionach i pochylona sylwetka. Pościgi przeprowadzały zawsze w grupie oddzielając uciekającego od reszty, porywały go, a gdy uciekinier tracił świadomość jeden z nich zaciągał go w głąb lasu i natychmiast wracał do stada.
Nigdy nie znaleziono szczątek uprowadzonych, nikt też z żyjących nie wiedział, gdzie jest siedlisko mieszańców, ani jak owe bestie zlikwidować.
Czas, jaki z nimi się zmagali mieszkańcy osady mierzyli w obiegach, które stanowiły okres trzydziestu dni.

Heremus – komendant straży - wskoczył na drewniany prosty stół i chrząknął głośno, chcąc uciszyć szemrających wieśniaków.
- Horda potworów napadła na Olczykańskich Braci. Porwano córkę tamtejszego Komendanta i dwunastu innych miejscowych. Nadal nie wiemy jak się przed nimi bronić.
- Ogniem – krzyknął ktoś z tłumu.
- Sprowadźmy kapłanki – rzuciła głośno z kąta gospody Amiza. Kobieta straciła męża trzy obiegi wcześniej. Od tej pory przywdziała mężowskie odzienie i podczas każdego następnego najazdu mieszańców razem z Obrońcami Wyzwolonych strzegła ludności.
- Kapłanki nie chcą się wtrącać do naszych spraw – odpowiedział Heremus.
- Musimy je przekonać, by zechciały – dodała.
- Jak możemy to zrobić? – zapytał. – Próbowaliśmy Amizo. Dobrze o tym wiesz. Próbowaliśmy.
- Trzeba coś zrobić Heremusie! – krzyknęła i uderzyła pięścią w stojący nieopodal stołek.
- Amizo! Odkąd wyzwoliliśmy się spod władzy kapłanek nie zrobią nic, aby nam pomóc. Masz pomysł, proszę przekonaj je, by po tym jak zostały wypędzone z wioski, wróciły i ocaliły mieszkańców.
- A gdyby uprowadzić Lewinę? Właściwie to ona jest nam potrzebna. Jako jedyna potrafi przecież nadać Sekuntowi moc sprawczą.

Kilkadziesiąt obiegów wcześniej wsią władała Lewina i jej cztery siostry. Nazwano je kapłankami Sekunta, ptaka o niezwykłych zdolnościach. Mówiło się we wsi, że jako ośmioletnie dziecko najmłodsza z sióstr znalazła olbrzymiego, latającego stwora. Miał srebrzyste pióra i piękne modre oczy. Zakrzywiony dziób podobny do orła. Siedział na jednym z krzaków i popiskiwał cichutko. Lewina podeszła do rannego stworzenia i chciała go opatrzyć. Ten spłoszony najwyraźniej niczym feniks obrócił się w popiół, a dziewczyna dokładnie całe prochy zgarnęła do chusty i zabrała do domu.
W chacie będąc przesypała do cebrzyka i śpiewając żałobną pieśń zapłakała, chcąc łzy otrzeć zadrapała się pierścieniem darowanym przez ojca i gdy kropla krwi skapnęła do naczynia, popioły zatańczyły, układając się od nowa w przepięknego, skrzydlatego stwora. Tuż za nim stanął drugi i jeszcze następny, aż uzbierało się ich osiem, dokładnie tyle, ile lat liczyła dziewczyna, a każdy obrał sobie jedną gałąź na otaczających wioskę drzewach i strzegł jej bezpieczeństwa. Po każdych dwunastu obiegach, kiedy Lewina doliczała następny rok do daty urodzenia, przybywał kolejny cień Sekunta i zajmował obok braci.
Lewina wraz z siostrami opiekowały się ptakami i zostały nazwane kapłankami Sekunta, takie imię, bowiem wyryło pazurem ptaszysko na drewnianym cebrzyku.
Siostry jednak szybko zaczęły wykorzystywać swoją pozycję w osadzie i wreszcie przepędzone zostały po ogólnym buncie mieszkańców.
- Uprowadzić Lewinę? – zapytał jeden z obrońców. – To niedorzeczne. Jeśli ktoś zbliży się do kapłanki Sekuntowy legion rozszarpie go na strzępy.
- Chyba, że znajdziemy sposób, by Sekunt znów obrócił się w popiół. Zbierzemy wówczas wszystkie prochy i odtworzymy ptaszysko tak, jak zrobiła to Lewina.
- Amizo, nie wiemy czy opowieści Lewiny były prawdziwe. Nawet gdyby, jak uda nam się spłoszyć ptaka tak, by zostały z niego tylko popioły? – zapytał Heremus, chcąc jednocześnie wybić z głowy kobiecie pomysł, który uznał za niedorzeczny.
- Lepsze to niż czekać na kolejny atak mieszańców. Jeszcze kilka obiegów Heremusie, a z osady zostaną jedynie puste chaty. Nie mamy wyboru.
Wśród mieszkańców zawrzało, większość przyznała rację kobiecie mając świadomość, że plan ten jest ostatnią deską ratunku.
- Głosujmy! – wykrzyczał Heremus ze złością. – Kto jest za planem Amizy?
Zdecydowana większość tubylców uniosła ręce do góry. A wahający się spoglądali na entuzjastów i po krótkiej chwili również wyciągali ramiona. Nikt nie musiał liczyć głosów, wiadomym było, że Amiza zwyciężyła.
- Dobrze. Pozostaje tylko pytanie, kto ruszy na poszukiwanie Lewiny?
- Mój pomysł, więc ja idę – rzekła Amiza.
- Sama nie przedrzesz się przez las. Musisz wyjść na Drugi Pokład, jeśli ci się uda dotrzeć na górę, nie przebrniesz sama przez terytorium mieszańców. A kapłanki osiedliły się przecież na jego skraju, potrzebujesz przewodnika i brata do walki.
- Nie. Nie mam prawa narażać nikogo. To mój pomysł. Wyruszę nim dopłynie blask świeżego słońca.
- Ruszymy więc w parze – oznajmił Heremus i nakazał osadnikom powrót do zajęć.

Pierwsze nieśmiałe promyki słońca budziły zaspaną wioskę. W zagrodach dzień zaczynali niemal wszyscy osadnicy. Trzoda i drób otrzymywały właśnie pierwszą porcję pożywienia. Mosiężny dzwon wybił pełną godzinę rozpoczynającego się zacznika – pierwszego z siedmiu dni nowego sektetu.
Amiza jeszcze ciemną nocną porą rozpoczęła przygotowania do wyprawy. W skórzany, ręcznie wykonany plecak upchnęła czyste pocięte na równe kawałki płótna, na wypadek, gdyby któremuś z nich trzeba było opatrzyć rany. Gruby powróz, skręcony wymyślnym splotem z kilku cieńszych lin przepasała przez ramię, a uchyliwszy kilka desek z podłogi sięgnęła misterny sztylet i raki do wspinaczki na półki skalne prowadzące wprost do włazów.
Podejrzewała, że Drugi Pokład był naszpikowany pułapkami zastawianymi przez mieszańców. W zasadzie nikt nie wiedział, co czeka na nich na górze. Nie było w okolicy nikogo, kto wyruszyłby w podobną przeprawę i powrócił z niej żywy.
Heremus od kilku minut czekał na kobietę przy miejskim szynku, a wraz z nim, całkiem spora grupa osadników. Osadnicy podekscytowani wyprawą komendanta i Amizy przybyli licznie, by odprowadzić śmiałków w góry wiodące do włazów Drugiego Pokładu.
- Znajdziemy go – rzuciła Amiza na pożegnanie.
- Ruszajmy! – ponaglił Heremus.
Skały i półki stanowiące schody do świata mieszańców wyłoniły się zza wysokich, iglastych drzew. Szybko zniknęli w zaroślach.
Wspinaczka nie przysporzyła im tyle problemów ile się spodziewali. Dość szybko wdrapali się na ostatnią z kamiennych wypustek, a z niej do obszernej jaskini.
Heremus wydobył zza pasa nóż myśliwski i począł zeskrobywać nim warstwę mchu porastającego szczeliny skał, a następnie podniósł klapę zamykającą dostęp do Drugiego Pokładu.
- Więc w tym miejscu zabawa się kończy – stwierdził chłodno i uchylił właz.
- Powodzenia, należy życzyć sobie powodzenia – dodała.
Ostrożnie wyjrzała na powierzchnię. Pozornie las nie różnił się niczym od znanego jej z własnego świata. Podciągnęła się sprytnie i w jednej chwili wskoczyła na ziemię. Oboje rozglądali się uważnie. Teren podobnie jak wokół osady porośnięty był wyłącznie iglastymi drzewami, jednak różniły się one nieznacznie od znanych z własnego otoczenia. Jodły i świerki rosły w dość znacznej odległości od siebie, a drzewa posiadały liczne deformacje, zauważalne z daleka. Z jednego pnia wyrastała jedna lub dwie odnogi, a igliwie pozbawione było w zasadzie zieleni. Tak jakby cała okolica od dawien dawna borykała się z suszą. Nie dostrzegli też ptaków tak pięknie śpiewających w otaczających osadę lasach. Cisza. Złowieszcze podmuchy wiatru i żadnych odgłosów.
Kilka kroków od włazu dostrzegli wąską dróżkę i to nią właśnie ruszyli, kierując się na północ do celu wyprawy. Musieli minąć ponury teren, dotrzeć do kapłanek i spróbować namówić je do obrony wioski.
Skradali się najciszej jak potrafili. Cała przebyta dotąd droga wydawała się całkiem bezpieczna. Nie zauważyli nic podejrzanego, ani nie usłyszeli żadnych dziwnych dźwięków mogących sugerować obecność mieszańców.
Polana w przeciwieństwie do otaczającego ich lasu jaśniała soczystą zielenią. Wokół niej rosły krzaki o nieznanych, żółtych kwiatach i błyszczących liściach. Na każdym z nich siedział ptak o srebrzystych piórach i białym zakrzywionym dziobie. Widok obcych spowodował, iż zaczęły popiskiwać z niepokojem. Nie opuściły jednak miejsca zajmowanego dotąd. Obserwowały przybyszów z uwagą.
- Przepiękne!– rzekła podekscytowana Amiza i wskazała głową na dostojne ptaszyska.
- Owszem – odrzekł Heremus. – Pamiętaj, że tak samo piękne jak niebezpieczne.
Piski wydawane przez ptasią wartę wywabiły z chaty jedną z kobiet. Zbliżała się do przybyszy. Czarne włosy powiewały swobodnie wokół szczupłych ramion. Kobieta ubrana była w tunikę, wykonaną ze skóry błyszczącej różnobarwnymi łuskami.
- No proszę, proszę. Któż to odwiedził wygnane? – zawołała nie kryjąc złośliwości.
- Witaj Lewino – powiedział Heremus i lekko skinął głową. – Przyszliśmy prosić cię o pomoc.
- Pomoc? – zaśmiała się. – Przecież to właśnie słowo może być twoim ostatnim Heremusie. – Lewina popatrzyła na mężczyznę, a następnie wyciągnęła ramię i zatoczyła koło. – Widzisz je? – zapytała. – Wystarczy, że dam znak i nawet plama po was nie zostanie. Zabierz, więc swoja przyjaciółkę i znikajcie stąd, czym prędzej.
- Lewino – przerwała kobiecie Amiza. – Nasza osada i Braci Orczyków, co pewien czas jest napadana przez mieszańców. Pomóż nam uwolnić się od nich.
- Ha ha ha!!! – Kapłanka przymrużyła oczy. – Mam was bronić? Po tym jak przepędziliście mnie i moje siostry z wioski? Po tym jak musiałyśmy szukać na terenach mieszańców schronienia? My mamy was bronić?! Idźcie stąd, gdziekolwiek idźcie, bo jeśli nie zabije was Sekuntowa Straż to z pewnością zrobią to parszywe kundle.- Kobieta z impetem uderzyła nogą w ziemię i obróciła się plecami.
- Co teraz Amizo?– wyszeptał, Heremus.
- Zaczekaj – odpowiedziała.
- Jeśli nam pomożecie, będziecie mogły wrócić do wioski – krzyknęła Amiza za oddalającą się kobietą.
Zawróciła. Powoli płynnym krokiem zbliżała się do nich, a na twarzy nie widzieli już złośliwego uśmieszku tylko zaciśnięte wargi i ten błysk w oku.
- Coś ty powiedziała? – Lewina emanowała wściekłością. – Co powiedziałaś?
- Jeśli nam pomożesz będziesz mogła wziąć siostry i zamieszkać w osadzie – powtórzyła Amiza, nie zważając na sygnały dawane przez Heremusa.
Lewina chwyciła Amizę za gardło i szarpnęła z całej siły. – Mogę cię zabić bez mrugnięcia okiem. Słyszysz? Kto ci powiedział, że my chcemy do was wracać? Mała, nędzna istotko. – Przyciągnęła Amizę wciąż trzymając ją za szyję. – Nikt nie odzywa się do mnie bez pozwolenia.
Dziewczyna cofnęła głowę, sprawiając, iż palce Lewiny zacisnęły się jeszcze mocniej. Zaczęła charczeć, nie bacząc jednak na nic, złapała kapłankę za rzemień przepasający tunikę i zerwała z niej kilka łusek.
- Masz to od nich? Zbratałaś się z kundlami – wymamrotała.
- Jak śmiesz?! – wrzasnęła. – Zabiję cię tak jak te mieszańce, a potem z twoich oczu zrobię błyszczące ozdoby i wbiję je sobie w uszy.
- Zrób to, ale idź z Heremusem do osady i ocal nasze siostry i dzieci. Pomóż przeżyć naszym matkom. Tam wyrosłaś, tam znalazłaś Sekunta.
- I tam podstępem przepędzono nas ze wsi.
Nagle niebo zaroiło się od czarnych skrzydlatych stworzeń nieznanych Lewinie. Skrzeczenie zaś było tak przeraźliwe, że kobieta zwolniła uścisk i dłonie przyłożyła do uszu.
Amiza, Heremus i wybiegające z chaty siostry spojrzeli w górę na krążące nad nimi ptaki. Zniżały lot, aż wreszcie zaczęły w nich pikować.
W jednej chwili Lewina wydała z siebie pisk, czym spowodowała podrywanie srebrzystych ptaków do lotu. Jeden za drugim wzbijały się w górę leniwie machając potężnymi, mocnymi skrzydłami. Łopot rozpostartych, pierzastych ramion wywoływał lekki podmuch, a dźwięk wydawany przez sekuntowych obrońców przypominał płacz dziecka. Czarne ptaszyska mimo dużo mniejszych rozmiarów, odważnie leciały wprost na dostojne szpony i ostre dzioby przeciwników. Jednak mimo przewagi liczebnej nie zdołały odeprzeć ataku i raz za razem szarpane ostrymi pazurami spadały na ziemię.
Nagle ocalałe skrzydlate stworki zaczęły się wycofywać, a zza połamanych, wyschniętych drzew na skraju lasy dobiegł ich podejrzany odgłos. Nasłuchiwali w skupieniu. Lewina obróciła się szybko i dała znak, wskazując ręką na ukrytą pomiędzy krzakami chatę. Zerwali się i pędem ruszyli w jej stronę. Sekunt i jego świta ustawili się zaś w szeregu broniąc dostępu do schronienia.
Heremus zbliżył się do okna, nieśmiało je uchylając. Ohydny fetor wdarł się do izby. Ręką zasłonił usta i wypatrywał uważnie niewidocznego wciąż źródła dźwięku.
- Nic tam nie ma – rzekł do Lewiny. – Tylko ten smród, okropne – dodał zamykając okno.
- Spójrz – odpowiedziała kapłanka i przyłożyła palec do szyby. – Tam, pomiędzy drzewami.
Heremus wlepił wzrok w szybę, Amiza uczyniła dokładnie to samo. Nie dostrzegli nic konkretnego jedynie ciemne smugi przemykające się błyskawicznie na obrzeżach lasu. Czarne plamy rozmywały się tuż na ziemią.
- Czy to oni? – zapytała Amiza dobywając sieczni ukrytej za pasem. Był to przedmiot wykonany przez jej męża. Osadzony na drewnianej, rzeźbionej rękojeści z ostrzem w kształcie półkola. – Powitajmy ich jak przystało na wojowników.
- Nie zdążysz machnąć a będziesz trupem – rzuciła lekceważąco jedna z sióstr.
- Mylisz się – odpowiedziała. – To ostrze powaliło już kilkunastu mieszańców.
- W to nie wątpię, jednak przyznasz w innych okolicznościach?! – Lewina nie wyglądała już na wściekłą. Jej rysy nabrały szczególnego wyrazu. Martwiła się.
- Nie rozumiem? Co macie na myśli? – zapytała Amiza.
- To proste. Zabiłaś w chwili, gdy polowały na innych, nieprawdaż? Teraz polują na was.. Nie będą biegły obok ciebie tylko na ciebie i to jest ta różnica.
- Lewino – odezwał się Heremus. – Pomóż nam je zniszczyć. Wszyscy na tym skorzystają, wy też.
- Chciałabym Heremusie, ale nie mogę. Uwierz mi. Gdybyśmy wróciły do wioski stałybyśmy się tak bezbronne jak wy. Sekunt może nas bronić tylko tu. Był strażnikiem osady dopóki w niej przebywał. Wygnaliście nie tylko nas, jego również i od tej pory możemy bronić tylko naszego terytorium.
Mężczyzna popatrzył zawiedziony na Amizę.
- Czyli nic tu po nas?! – dodał zrezygnowany.
Kobieta nie odezwała się. Utkwiła wzrok z szybie i obserwowała ogarniające coraz większą przestrzeń ciemne plamy. Fetor wdzierał się do chaty mimo zamkniętych drzwi i okien.
- Co teraz zrobimy, są blisko. Bardzo blisko.
- Nie wejdą do domu. Sekunt ich nie wpuści, to…. – Lewina nie zdołała dokończyć. Tuż przed oknami dostrzegli przesuwające się cienie, a stojące przed domem ptaki zaczęły machać skrzydłami i wydawać z siebie piskliwe odgłosy. Ciemność spowiła pomieszczenie. Skrzeczenie ptasiej straży pomieszało się z głuchym wyciem mieszańców. Na zewnątrz rozpoczęła się regularna walka.
- Wyjdźcie tylnym wejściem. Biegnijcie na północ, dotrzecie do skał a stamtąd zobaczycie jaskinię i w niej przejście do waszego świata. Heremus z Amizą rzucili się do drzwi na tyłach chaty. Mężczyzna uchylił delikatnie wyjście i niemal w jednej chwili ciemna smuga znalazła się w środku. Obrzydliwy naszpikowany zębami ostrymi jak brzytwy pysk, rozpostarł się nad jego głową. Szpary, w których znajdowały się oczy były ledwie otwarte, szerokie nozdrza obleczone pokrytą łuskami skórą wydychały śmierdzące opary. Czworonożny potwór miał na grzbiecie garb pokryty postrzępionymi łuskami, a podłużna krwawiąca rana pomiędzy przednimi łapami wskazywała na stoczoną przed chwilą walkę.
Zawył unosząc wysoko paskudny pysk, Heremus odskoczył i dobywając miecza siekał nim na oślep. Stwór nadal ryczał i machał potężnym łbem. Amiza uzbrojona w mężowski sztylet podeszła cicho i zagłębiła ostrze w obrzydliwym cielsku mieszańca. Krew trysnęła jej na twarz oślepiając na chwilę, mieszaniec zawył kolejny raz i zanurzył zęby w szyi zaskoczonego Heremusa, wyrywając przy tym płat ludzkiego mięsa. Mężczyzna runął z łoskotem, a na niego zwalił się ugodzony przez Amizę mutant. Podłoga zapełniała się świeżą krwią. Amiza spojrzała na Lewinę
- Jednak wdarł się do środka! – krzyknęła.
Kapłanka wraz z siostrami doskoczyła do głównego wejścia i otworzyła drzwi. Na zewnątrz wciąż panował mrok. Kobiety stanęły w progu, obserwując walkę mieszańców z sekuntową strażą. Szpony cięły bezlitośnie szalejące bestie. Jeden ze strażników wbił dziób w przymrużone oko potwora i wysunął je poza oczodół. Potwór miotał się ze zwisającym z oka białkiem i ryczał niemiłosiernie. Kobiety chwyciły się za ręce i w niesłyszalnej modlitwie szeptały niezrozumiałe słowa. Głowy pochyliły oddając chyba cześć walczącym ptakom, po czym padły na kolana i poczęły nucić niewiadomą melodię. Lewina kreśliła na progu znaki jedną z oderwanych martwemu potworowi kończyną. Stygnąca krew utworzyła obrysowany kołem, przekreślony trójkąt, nim jednak ostatnie linie tego znaku zdążyła połączyć jedna z bestii z impetem rzuciła się kapłance do gardła i poderwała do góry. Odcięta łapa wypadła kobiecie z dłoni i potoczyła się pod nogi Amizy. Natychmiast chwyciła ją i dobiegła do miejsca, w którym kapłanka znaczyła podłogę, by dokończyć symbol . Lewina wciąż trzymana w paszczy mieszańca charczała. Z każdą chwilą traciła siły. Wieśniaczka spojrzała na zewnątrz, skrzydlata straż niknęła z oczu. Nie miała pojęcia, co się dzieje. Ponownie przeniosła wzrok na konającą. Z każdym ciężkim westchnięciem Lewiny, niknął jeden z cieni Sekunta. Mieszaniec upuścił wreszcie zakrwawioną kobietę i wycofał się na zewnątrz.
- Giną – wymamrotała dławiąc się lepką cieczą wypływającą z ust. – Jeden po drugim umierają wraz ze mną odchodzą.
Amiza wybiegła przed dom.
- Co robisz?! – krzyknęły siostry. – Zginiesz.
Kolejny ptak znikał w tajemniczy sposób. Jak narysowany na piasku obrazek ścierany przez kogoś szczegół po szczególe. Najpierw pióra w srebrzystych skrzydłach robiły się coraz ciemniejsze aż zaczęły obsypywać się na ziemię. Na końcu zostawała po nich tylko kupka popiołu.
Amiza garściami zbierała prochy do chustki zerwanej Lewinie.
- Który jest prawdziwy? – pytała sama siebie. – Który to ten właściwy?
Wszystkie prochy wyglądały identycznie. Odwróciła się i spojrzała na leżącą na podłodze Lewinę. Jeszcze widać było ostatnie konwulsje. Wróciła wzrokiem przed siebie. Zostały dwa sekuntowe ptaki. Jeden. Podczołgała się do pozostałości po ostatnim. Piasek, nie czarny proch, tylko złoty piasek. Szybkim ruchem zgarnęła go wysypując wcześniej pozostałe prochy.
Jęczenie Lewiny ucichło, a tylnym wejściem do chaty wbiegały mieszańce. Amiza rzuciła się do szaleńczej ucieczki. W oddali słyszała przeraźliwe krzyki kapłanek.