Lacrimosa

Loading...

sobota, 26 listopada 2011

Gdybyś wiedziała

Poczuła jego dłoń na policzku. Miękka i delikatna msza na jej twarzy. Koniuszek kciuka musnął nieznacznie łzę ociekającą z kącika oka.Spojrzał ująwszy w dłoń podbródek Agaty, wyjątkowo wyrazisty brąz szklił się świeżutką wilgocią.
- Dlaczego...? - usiłował dopytać, jednak nie dane mu było skończyć. Głowa żony oparła się o ramię Bartka.Wtulił usta w pachnące wciąż brzoskwiniowym szamponem włosy. Usiłował pochwycić kosmyki wargami, Agata uniosła głowę i wbiła w męża ten przenikliwy wzrok. Roztapiał się, palił, krople potu zrosiły przysłonięte grzywką czoło.
- Agata - szepnął i ukląkł u stóp żony. W jednej chwili przylgnął do wypukłości jej bioder i nie bacząc na okalający ją materiał, pocałunkami obsypywał wciąż ponętne ciało. Jej zapach tak bardzo kusił, pamiętał go dokładnie. Zawsze, każdego wieczora witała go tym samym rozkosznym aromatem. Mógłby ją zjeść całą, poczynając od najmniejszego palca u stóp. Wsunął obydwie dłonie pod jedwabną koszulkę, Agata westchnęła głośno. Przez chwilę zastanowił się, czy powinien brnąc dalej, przecież nie dalej jak wczoraj pognała go z domu.
- Nie przestawaj - syknęła przez zęby i poprowadziła dłonie męża wyżej.
Tak, właśnie tego brakowało mu najbardziej, smakował jej ciepło. Wiedział, że to ostatnia szansa na uratowanie ich związku. W pewnej chwili jego dłonie zacisnęły się z całej siły na ciele małżonki. Trzymał jakby bał się, że za chwilę wyrwie się z jego objęć i rozpłynie się w ciemności tego pokoju. Przesunął dłonie na smukłą talię i zaczął ciągnąć Agatę, zmuszając do uklęknięcia tuż obok. Jej ramiona były takie delikatne. Przysłonięte tylko wąskimi tasiemkami koszulki, gładził aksamitna skórę, poczynając od szyi.
- Co robisz? - zapytała niepewnie, klękając obok męża.
- Cicho - szepnął i kolejny raz zatopił usta w gąszczu na wpół wilgotnych włosów.
Opuszki palców wciąż gładziły wyjątkowo gładką skórę.
- Kocham cię na zabój - sapał do ucha. - Bardzo cię kocham, rozumiesz? - Ustami smagał płatki uszu żony.
Jedną dłonią ścisnął mocno gardło Agaty, wbijając niemal kciuk w dołek jarzmowy. Nienaturalnie rozszerzyła oczy, próbowała oswobodzić się z mężowskiego uścisku.
-...Bar...Barte... - jęknęła i ostatkiem sił pochwyciła zaciśniętą rękę męża, usiłując zwolnić ucisk.
- Cicho - powtórzył i w tej samej chwili wspomógł się drugą dłonią, rozedrgane wargi przywarł zaś do rozchylonych ust żony. Szamotała się, a on wchłonął w siebie jej ostatni oddech. Drżenie znajdującego się pod nim ciała ustawało powoli, ręka jeszcze przed chwilą szarpiąca jego dłoń osunęła się bezwładnie na podłogę. Przytrzymał ciało żony przez moment, po czym z należytą dbałością ułożył na dopiero cyklinowanych deskach.
- Gdybyś tylko wiedziała, cholera gdybys ty wiedziała! - wrzasnął i sięgnął po papierosa.

niedziela, 20 listopada 2011

Nocą

Przyszedłeś do mnie dzisiejszej nocy. Cichutko skryłeś się tuż obok. Pomyślałeś kiedyś, że aż tak bardzo można pragnąć zwykłego dotyku? Miękkość Twojej dłoni ogrzewała spragnione ramiona, zapamiętywałam każdy ruch, uczyłam się go na pamięć, byle tylko nie zapomnieć tego uczucia. Tamten dreszcz, spowodowałeś z rozmysłem, poczęstowałeś niezwykłym pragnieniem, choć nie o tę pieprzoną fizjologię przecież chodzi.
Czy masz pojęcie jakie to uczucie przez chwilę stać się częścią jednego ciała? Wbić się w oddech, kiedy Ty próbujesz go zaczerpnąć? Położyć rękę na policzku i nabrać pewności, że nic złego już uwieść Cię nie zdoła.Wciąż niby dwie osoby, a jednym ciałem, jedną myślą naznaczone. Układam głowę na poduszce w poszukiwaniu Twojego zapachu, kto nazwał tę misterną jedność seksem?!
Sekunda po sekundzie szybciej łykasz powietrze,a ja i w tym próbuję Ci wtórować. Szepniesz coś o wyjątkowości tej ulotnej chwili i przepadasz, wsłuchując się w Morfeusza opowieści. Usiłuję wypatrzyć pod opadającymi powiekami tę część mnie, którą dopiero co skradłeś. Przed snem przywołuję westchnienia do porządku, przecież obok mnie jest najważniejsze lustro moich pragnień.
Budzi mnie bezlitosna codzienność, mój wybawiciel i oprawca jednocześnie.

Samotność

Jeszcze jeden poranek, zasnuty szarym szalem pejzaż za oknem. Nieśmiało, odchylam firankę, sama nie wiem, co tak właściwie spodziewam się ujrzeć po drugiej stronie szyby. Jest niedziela, z oddali dochodzi do mnie odgłos kościelnych dzwonów. Pewnie wzywają na mszę, ale dla mnie to zbyt duży wysiłek. A może jednak, wcisnąć się gdzieś między te zadowolone rodziny, stanąć ramię w ramię z uśmiechniętymi żonami i troskliwymi mężami? Przerwać ten ich sielski spokój, patrząc prosto w twarz, albo spuścić z uwięzi własne rozczarowanie, niech poszuka innego żywiciela. Tak, w tym tłumie zasłuchanych ludzi, z pewnością znalazłoby siedlisko.
Kościół, czymże dla mnie mógłby w tym momencie się jawić? Przecież On i tak widzi mnie, zza kłębów mięciutkich chmur, zza całej armii posłusznej straży potrafi dostrzec mnie, niby niewidzialną, nieważną acz istniejącą, bo tak właśnie zmajstrował mi wędrówkę. Ciekawe o czym myśli, obserwując doczesność mojej niewiary, mojego zwątpienia, czy mojej wściekłości, na Niego też, a może na Niego najbardziej.
Podobno wystarczy oswoić ból, by przestać odczuwać, a co jeśli ten ból chodzi od lat przy nodze jak najwierniejszy przyjaciel? Zaciągam się trucizną z papierosa, jednak nie zabija tak szybko. Wiem, wiem mam dzieci, tylko co, jeśli one wcale matki nie mają?
Z ekranu zerka jakiś gość, śpiewa sobie nostalgiczny kawałek, ciekawe czy wszystkiego da się wyuczyć? Radości, smutku. Czy jest coś czego nie da się wyreżyserować?
Zastanawiam się, czy jeszcze w ogóle coś czuję, czy to tylko złudzenie posiadania czegoś na kształt sumienia, wyprana z emocji w obezwładniającym nieróbstwie wbiłam się znowu w stary fotel. Niczego tak bardzo się nie boję jak tej przeklętej samotności. Butelka wina ląduje na ławie, a ja kolejny raz uświadamiam sobie, że nawet wypić nie mam za co. Moja lampka nie zabrzęczy tym słodkim odgłosem otarcia o drugą. Jak to dobrze, że rzeczy nie odczuwają niczego. Samotna kawa, samotna lampka wina, wszystko bez pary, bez świadomości współistnienia, bez możliwości zakosztowania dotyku, bez nadziei.
Próbowałeś kiedyś okiełznać własną dzikość? Wyrwać siebie samego z zamyślenia? Próbowałeś zamknięty w szczelnej puszcze, zaczerpnąć powietrza?
To jest mój Kościół, moja własna uroczystość, mój jedyny ołtarz.
Za plecami wszystkie moje strachy, melancholia delikatnie skrobie mnie za uchem. Niby mam wszystko, a nic nie posiadam. Jestem czyjaś, nikogo nie mając u boku. Bezsilność szepcze te same historyjki od wielu lat, a ja wciąż słucham z nie mniejszym zainteresowaniem. W tym fotelu moja zewnętrzna skorupa otula się wszechogarniającą niemożnością rozpoznania ludzi, pałętających się po moim królestwie.
Tak mój Kościół nie znosi tłumu.

sobota, 12 listopada 2011

Opowiadanie z lekka erotyczne

Przymknęła ociężale powieki, pokój zawirował w szaleńczym tańcu. Muzyka potęgowała wrażenie unoszenia się wszystkiego, co pozornie nie miało prawa się ruszać. Szybciutko otworzyła oczy, chcąc przywrócić rozszalałe obrazy do porządku. To było jedno z takich doznań, których nie znosiła. Usiłowała sięgnąć leżącego na brzegu komody pilota, nieporadny wysiłek , przedmiot z hukiem wylądował na deskach. Pochyliła się i znów roztańczył się każdy mebel z osobna.
- Cholera, żeby taka akcja po dwóch lampkach – wyśmiała siebie samą. – Kiedy ty kurwa dorośniesz? – zapytała i sięgnęła po papierosa. – Rzuć to palenie wreszcie! Szkodzi ci, nie zauważyłaś? – Chichotała, kiedy leciutkie skrzypnięcie podłogi zasygnalizowało przybycie Bartka. Stanął w progu i z politowaniem spojrzał na żonę.
- A tobie co? – spojrzał zadowolony, chwytając nie do końca opróżnioną lampkę i unosząc ją w dłoni. – Jakieś święto mamy? – Zadziornie puścił oko.
- Taaa…dzień starzejących się pań – wymamrotała. – Albo dzień dobroci dla sierściuchów – Machnęła ręką.
- Masz doła? Nie bardzo kumam, o co to…?
- Tak, doła…- wyrecytowała. – Ale mam też wiaderko, więc bez obawy wykopię się z niego.
- A cóż spowodowało taki nagły spadek nastroju? – Wykrzywił usta w grymasie i głową wskazał stojącą wciąż na ławie lampkę z trunkiem.
Tym razem to Agata obdarzyła męża lekceważącym uśmiechem. Wyprostowała nogę i przejechała dłonią po czarnej pończosze. Mimo wieku miała zgrabne nogi. Zatrzymała rękę tuż przed rozcięciem krótkiej spódnicy, druga nogę przyciągnęła na brzeg siedziska fotela, uwidaczniając przy okazji szeroką koronkę okalającą udo.
- Chciałbyś, nieprawdaż? – zaśmiała się bezczelnie. – Spójrz na mnie! – krzyknęła, w tym samym momencie zaciśniętą dłonią uderzyła w ławę. – Patrz do cholery!
Bartek przetarł czoło i przykucnął. Tak dawno nie widział żony w podobnie wyzywającej sytuacji. Nikt, przecież nikt nie wytrzymałby takiego widoku. On musiał. Przykląkł niemal naprzeciw nóg żony, przez ostatni miesiąc nie myślał o niczym innym, w sennych marzeniach przywoływał ponętne na pół roznegliżowane ciało Agaty. Dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że w zasadzie przez te wszystkie lata ich małżeństwa nigdy nie widział jej zupełnie nagiej. Szybko chwycił lampkę z niedopitym winem i pociągnął spragniony.
- Czemu to robisz? – zapytał nie odrywając oczu od tak interesującego widoku.
- Bo tak- rzuciła. – Bo mam taki kaprys, bo jesteś strasznym dupkiem, bo miałeś kiedyś żonę, mogłabym tak wymieniać do rana.
- Agata…wiesz jak ja…- nie pozwoliła mu dokończyć. Zdecydowanym ruchem rozpięła suwak znajdujący się na biodrze, uniosła się lekko i zsunęła kusą spódniczkę. Pozostała w pończochach i atłasowym skrawku materiału przysłaniającym udolnie miejsce na oswobodzenie, którego czekał.
- Uważnie się przyjrzyj, żebys nigdy nie zapomniał, co straciłeś. – Zdjęła najpierw jedno ramiączko beżowej bluzeczki, później gładząc okolice piersi zatrzymała dłoń na drugim sznureczku. – Widzisz to, wszystko miałeś na wyciągnięcie ręki. Nie ma to jak okazać się totalnym idiotą, prawda? – Wstała z fotela i zasiadła na podłodze przy mężu. Poczuła ciepłą dłoń na plecach, upragniony i tak bardzo znienawidzony dotyk. Zwinne palce Bartka wciskały się pod zapięcie stanika. Przylgnęła do męża, chwilę delektowała się zapachem jego ciała. Przypomniała sobie wszystkie samotne noce, kiedy wbijała się w mężowską koszulkę po to właśnie, by rozkoszować się jego aromatem. Żyła nim wtedy, teraz uświadomiła sobie, że zaczyna żyć bez niego.
Przylgnął ustami do nagiej szyi Agaty i kawałek po kawałku muskał ciało żony.
- Odejdź – powiedziała stanowczo.
- Agata, to nie miało być tak – spojrzał jakby błagał o litość.
- A jak? – zapytała, odsuwając się nieznacznie. – Jak? Kawał skurczybyka z ciebie, wiesz? Zniszczyłeś mnie, świadomie, czy nie…teraz mam to gdzieś- Jeszcze nigdy nie powiało od niej tak dojmującym chłodem. – Kij ci w oko i wagon szkła – wyszeptała mu niemal do ucha. – Wyjdź stąd.
Podniosła się z podłogi i zaczęła zbierać rozrzucone przed chwilą części garderoby.
- Koniec, zamknij drzwi za sobą. – Powiedziała wkładając spódniczkę. – Dupa…jasne.
- Tak, jesteś moja dupa – Bartek usiłował całe zdarzenie obrócić w żart.
- Zapomnij chłopczyku. Wynoś się! – wrzasnęła.
Zasiadła na swoim ulubionym fotelu, usłyszała tylko głuchy trzask zamykanych drzwi. Chwyciła butelkę specjalnie dla niej zrobionego wina i napełniwszy lampkę, przystawiła ją do ust.
- Na zdrowie, frajerze.

Telefon podskakiwał pod wpływem wibracji na dębowej ławie. Agata uśmiechnęła się znacząco. Bez pośpiechu podniosła aparat i wychrypiała:
- Czego znowu?
Poprawiła narzucone niedbale odzienie i wlepiła twarz w lusterko. Zatoczyła koła pod oczami, a nastepnie mrugnęła do odbicia.
- Więc zaczynamy- zawołała.
Kilkanaście minut później na sofie zasiadł sąsiad Agaty. Zupełnie nie pasował do obrazu faceta idealnego, jaki Agata wielokrotnie tworzyła w głowie. Czterdziestokilkuletni z dość wyraźnym brzuszkiem i wybitnie długim nosem, jednak nie aparycja była w tej chwili istotna.Przecież nie miała zamiaru wychodzić za niego za mąż.
Nie wdawali się w dyskusje, mężczyzna musiał dokładnie wiedzieć po co tu przyszedł. Mało delikatnie wepchał potężną dłoń między delikatne uda Agaty i stęknął. Znów zawirowało jej w głowie, sufit obracał się z zawrotną prędkością. Położyła się i bez oporów rozłożyła nogi. Grubas naparł na nią, śliniąc się dość obficie. Kilka pchnięć i opadł całym ciężarem na Agatę.
- Złaź! - wrzasnęła.
Uniósł głowę zdziwiony.
Wpadła do łazienki, nie mogła się powstrzymać, zwymiotowała. Podeszła do okna, tłum ludzi zebrał się pod klatką schodową, wyraźnie oczekiwano na coś lub kogoś. Ubrała się, narzuciła płaszcz i wyjrzała na klatkę schodową. Dawno już nie było tak gwarno. Powoli pokonywała schody. Na parterze, tuż przed wejściem do piwnicy leżał jej sąsiad. Z ust wypływała wąska strużka krwi, otwarte oczy były jednak nieruchome.

piątek, 11 listopada 2011

Winda c.d

- Kaska! - krzyknęła zdezorientowana. Przez chwilę nawet przemknęło jej przez myśl, by podejść do koleżanki i zwyczajnie wyszarpać ją z chwilowego zamroczenia. Usiłowała zrobić krok przed siebie, a gdy stawiała nogę Kaśka wraz z towarzyszącym jej mężczyzną oddalała się. Nieznajomy zatopił dłoń w gęstych, kruczoczarnych włosach Kasi i uśmiechnął się złośliwie. Niebieskie oczy przeszyły ciemne iskry, a Ankę przeleciał strach. Odruchowo spojrzała za siebie, szklane drzwi i gdzieś w oddali człowiek wyglądający na strażnika. Nie wiedziała, czy rzucić się do ucieczki, czy za wszelką cenę uwolnić Kaśkę z rąk mężczyzny.
Krótki dźwięk dzwonka i drzwi windy rozsunęły się, uwalniając kłęby gęstniejącej na oczach Anki pary. Kaśka zakaszlała, w ułamku sekundy odzyskała własną świadomość i zaczęła się nerwowo rozglądać.
- Anka, kurwa mać...co jest? - wysapała jednym tchem i usiłowała wyzwolić się spod wpływu trzymającego ją w ramionach mężczyzny.
Kolejny raz zrobiła krok do przodu, Kaśka oddalała się, a bezbarwne tabuny spływające na obydwie kobiety wyzwalały w nich uczucie zmęczenia i senności. Anka przysunęła dłoń do ust, usiłując powstrzymać niezwykle silną chęć ziewnięcia.
Usłyszała gwar, głosy dochodziły z przeciwnej strony korytarza. Za szklanymi drzwiami dostrzegła sylwetki ludzi. Rozprawiali wesoło. Wytężyła wzrok usiłując rozpoznać poszczególne osoby. Obraz zlewał się w ogromną plamę. Wysunęła głowę i z ogromnym trudem próbowała skupić uwagę na majaczącej w oddali grupce.
- Kasiek - szeptała. - Kasiek, to oni...musimy ich jakoś zawołać. To Ania, Kornelia i Wojtek - mamrotała bez specjalnego przekonania. Cisza...- Kasiulka - powtórzyła, nikt jej nie odpowiedział.
Siedziała na podłodze oparta o wielką, lśniącą taflę lustra. Poczuła chłód na plecach, drzwi windy były zamkniete, wciąż jednak słyszała dobiegające z oddali głosy znajomych. Pojedyncze słowa stały się nagle wyraźnie słyszalne. Anka zrozumiała, że przyjaciele dyskutują o jej i Kaśki tajemniczym zniknięciu. Chciała podciągnąć się, by stanąć na nogach, nie potrafiła pokonać słabości. Głowa opadała ilekroć próbowała ją unieść, pomieszczenie, w którym ją zamknięto było wolne od usypiającej pary. Nigdzie nie było Kaśki.Anka z trudem przeszła do pozycji klęczącej, a chwilę później opierając ręce o podłoże podjęła kolejną próbę stanięcia na nogach. Tym razem udało się, wciąż była oszołomiona. Odwróciła się w stronę lustra, przecież to niemożliwe, przebiegła wzrokiem po sobie, poczynając od zakupionych kilka dni wcześniej butów, ręką wygładziła zmiętą spódnicę i kolejny raz zerknęła w lustro.To nie była ona. Czuła ciepło rozlewające się po całym ciele, parzyło. W miejscu, w którym powinno przyglądać się jej własne oblicze, znajdował się on. Elegancki, przystojny o kuszącym uśmiechu mężczyzna. Machinalnie rozpięła płaszcz i rzuciła nim niedbale za siebie, nadal było zbyt gorąco. Położyła rękę na szyi i powoli przesuwała w dół, a gdy natrafiła na pierwszy z guzików białej bluzki bezceremonialnie pociągnęła chwytając za brzeg tkaniny. Maleńkie guziczki rozsypały się po podłodze windy.Mężczyzna z lustra patrzył na odsłaniające się przed nim ciało kobiety.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Winda



Rozprawiały żywo, wiodące miejsce w dyskusji obydwie przyznały najnowszym pozycjom wydanym przez znajomych pisarzy z dużo większym dorobkiem niż suma ich publikacji. Za oknem przemykały rozmaite krajobrazy. Nie do końca wiedziały, czy bezbłędnie rozpoznają stację docelową. Na zmianę raz jedna raz druga wypatrywały tablice przystanków kolejowych i w chwilach, kiedy okazywało się, że jednak ich przeczucia zawodzą głośno wybuchały śmiechem.
- Pewnie zaraz będziemy – rzuciła Kaśka spoglądając na zegar we własnej komórce.
Anka wbiła oczy w szybę, skupienie pryskało wraz z pojawiającym się oczopląsem.
- Jest, jest – wrzeszczała trącając koleżankę. Pociąg zaczął hamować, a one coraz bardziej podniecone niemal jednocześnie rzuciły się do wyjścia. Spojrzały po sobie i kolejny już raz w czasie tej podróży parsknęły jak na komendę śmiechem.
Wyskoczyły na peron i natychmiast zobaczyły Anię spacerującą wzdłuż krawędzi tuż nad torem. Niezwykle elegancka i z tym samym ciepłym uśmiechem na twarzy. Przylgnęły do siebie wszystkie trzy.

Cafe 22 – swoją nazwę zawdzięczało piętru, na którym je ulokowano. Bajeczna panorama rozciągała się za olbrzymimi oknami. Była dwunasta w południe, lokal jak na tę porę przystało nie był zapełniony konsumentami, co dawało dziewczynom luksus zachowania pełnej swobody. Okrągły stolik zapełnił się momentalnie szeregiem wysublimowanych trunków, kiedy Anka z Kaśką poczuły nieodpartą potrzebę zaciągnięcia się papierosowymi oparami. Rozglądały się po pomieszczeniu i w żaden sposób nie umiały zlokalizować palarni, która ich zdaniem w tego typu miejscu była niezbędna. W międzyczasie do ich grupki dołączyła kolejna z dziewczyn Kornelia.
- Dziewczynki my spadamy na dymka – Powiedziała Kaśka i niemal natychmiast wstała z miejsca. Obydwie ruszyły w stronę windy, w korytarzu minął ich mężczyzna. Mogłyby przysiąc, że gdzieś już go widziały. Czarny garnitur wystawał z rozpiętego płaszcza identycznej barwy. Anka uśmiechnęła się porozumiewawczo do Kaśki.
- Jakby jeszcze miał czarną, skórzaną aktówkę w ręku, mogłabym sobie coś pomyśleć…- powiedziała wciskając guzik przy windach i jak zawsze w podobnych sytuacjach zaśmiały się obydwie.
Facet spojrzał wymownie. Sprawiał wrażenie zaskoczonego zachowaniem kobiet. Chwilę później zniknął za drzwiami kawiarni. Piętro za piętrem zbliżały się do miejsca, w którym wreszcie będą mogły skosztować tej znanej im dobrze rozkoszy. Winda zatrzymała się, drzwi powoli rozsuwały od środka w dwóch kierunkach. Anka spojrzała na Kaśkę. Zbyt powoli ustępowały przed nimi dwie połowy metalowych drzwi. Kaska poprawiła włosy spoglądając w lustro i krzyknęła dostrzegając odbicie czegoś, co zza uchylających się podwoi wbijało się w małe pomieszczenie.



Anka wsunęła dłoń w szparę miedzy dwoma skrzydłami i w jednej sekundzie poczuła przeraźliwe zimno oblepiające całą rękę. Od czubków palców postępowało jakieś mrożące stado niewidzialnych cząsteczek. Popatrzyła na paznokcie, czerwony lakier począł odpryskiwać od wypielęgnowanych paznokci, odsłaniając śliwkową barwę pojawiającą sie na skórze.
- Cholera! - wrzasnęła i odskoczyła gwałtownie wbijając się niemal w lustro. Kaśka chwyciła dłoń koleżanki i przypatrywała się z przerażeniem zmianom na skórze.
- Co to ma być?! - Uderzyła w guzik znajdujący się na samym dole tabliczki. - Zero, zero!!! - tłukła bez efektu palcem.
Drzwi ustąpiły, przed nimi znajdował się długi korytarz na końcu którego dostrzegły dyżurkę. Jak na komendę odwróciły się i spojrzały w stronę windy, to już nie była mgiełka, kłęby szarych oparów tańczyły wysuwając jęzor przez zamykające się wolno drzwi. Wzdrygnęły się nie mal jednocześnie i ruszyły w stronę zauważonego chwilę wcześniej stanowiska ochrony. Kolorowy chodnik, po którym przed godziną wchodziły do budynku zmienił barwę na metaliczną szarość. Szklane drzwi dzieliły kobiety od wyjścia z budynku i ulokowanej nieco z oku dyżurki. Przyspieszyły kroku i stanęły przed nowoczesnym przejściem. Drzwi rozsunęły się, a gdy przestąpiły niewidzialny próg, zamarły. Kolejny raz znalazły sie przed windą.
- Co to do diabła! - Zapewne Kaśka usiłowała krzyknąć ale jej głos zamienił się w donośne chrypienie.
Przed nimi ten sam korytarz, w oddali dyżurka i szklane drzwi. Anka odruchowo przetarła oczy i zwróciła się do koleżanki.
-A a a ... - Kaśka wydawała się, gdzieś lawirować poza własnym ciałem, wprawdzie wciąż stała w tym samym miejscu jednak nie drgnęła nawet. Za nią stał mężczyzna, ten sam człowiek, którego mijały wchodząc do windy na dwudziestym drugim piętrze. Anka odgarnęła grzywkę i spojrzała na tajemniczego nieznajomego. Gdzieś juz go widziała. Wysoki o równomiernie przystrzyżonych włosach, które tuż nad uszami przyprószone lekko tak męską przecież oznaką upływającego czasu. Delikatny wąs dodawał mu uroku i niewątpliwie działał na kobiety jak afrodyzjak. Tak, musiała przyznać sama przed sobą, ten facet był niezwykle smakowitym kąskiem dla kobiety.

czwartek, 3 listopada 2011

Ateistą jestem


Tak, założę się, że już tu jest, cichaczem skrada się w nadziei pewnie na nieodgadnięcie jej zamiarów. Moja strażnica moralności, moja walcząca pokonana, zaskoczę ją, zapomniała chyba, że jej własny syn cierpi na brak potrzeby spania. Poprawiam poduszkę i oczekuję wejścia. Podsuwam się do pozycji siedzącej i zastanawiam się jaki teraz wyimaginowany powód usłyszę. Jest, jest, ledwie powstrzymuję wybuch śmiechu. Delikatne skrzypniecie drzwi i czarna burza włosów, wyłania się zza futryny, zabawnie wygląda, jak szpicel, taki pies tropiący.
- Czego chcesz? - Patrze na jej wyraz twarzy, moja matka zbladła.
- Szukam dokumentów stowarzyszenia - rzuciła i już zupełnie normalnie weszła do pokoju. Podeszła do mojego biurka i szarpnęła szufladę, podrzuciła kilka szpargałów, zakręciła się, a zaraz potem stanęła bez ruchu.
- Znalazłaś? - Rozbawiła mnie jej nieudolność pozowania. - A tak normalnie to czego chcesz? - Powtórzyłem pytanie, przecież wiedziała doskonale, że nie ze mną te numery.
- Już ci powiedziałam.
- Jakie kurwa papiery?! U mnie w pokoju jakieś śmieci? Wyjdź mi stąd.
Odwróciła głowę, wyobrażam sobie jak się poczuła, zdemaskowana. Matka, moja biedna matka. Całe życie ratuje innych, zaraz pewnie rozpocznie to swoje kurewskie przemówienie. Ona nie chce na to patrzeć, jej syn się stacza. Jak ona to zawsze mówi...Potrzebujesz pomocy, a ja tu jestem właśnie po to
Jednej rzeczy nie przewidziała, można pomóc komuś kto cierpi, komu jest źle, kiedy ona zrozumie, że ja nie potrzebuję niczyjej pomocy. Mi jest dobrze, super, jestem jebanym szczęściarzem, niby z jakiego powodu uznała, że potrzeba mi jej ratunku, co ja kurwa topielec jestem?
Ta stojąca wciąż w miejscu kobieta, zaskakuje mnie coraz bardziej. Nic nie mówi. Cicho, cicho ona myśli, dam sobie łapy uciąć, że tym razem zmieni strategię.
- Jakiejś roboty byś sobie poszukał - przemówiła, jak Boga kocham, przemówiła.
Bóg - istota niematerialna, ciekawe dlaczego wymyślili mu taką nazwę? Bóg...jaki kurwa Bóg, wirujące mikrocząsteczki, czy niezidentyfikowany patos? Żal mi tych wszystkich wierzących niepraktykujących, albo niewierzących praktykujących. Ateista jestem, gdybym nie miał matki może sam bym w niego wierzył
- Czarek, mówię do ciebie...
- No wiem, wiem. Całe życie, nie robisz nic innego. Roboty mam szukać? A ty wiesz, że dla niektórych to są rzeczy ważniejsze niż kasa? Takie coś jak idea, słyszałaś o ty w ogóle. - No tego się nie spodziewałem, jak chomik wypychała policzki. Pewnie samo słowo pieniądze dostarczało jej chęci do życia, mamona ludzie kochali dla niej zabijali, ale nie ja. Mam wyjebane na cały ich ten materializm. Brzydzę się ich sprzedajną wizją życia.
- No nie wytrzymam, idealista się znalazł. Skoro masz w dupie kasę to za co kupujesz prochy?!
- A to już widzisz nie moja wina, że ten kurewski świat zapędził się aż tak daleko.
- Żerujesz na mnie i mojej pracy, idź do tych twoich dilerów, niech ci sprzedadzą marychę, zapłacisz im swoimi hasełkami. Pasożycie. - Wściekła się, zaczynała krzyczeć. - Po jaką cholerę wynosisz wszystko z domu, skoro masz gdzieś kasę?!
- Nie nakręcaj się, masz za mało szmalu? Weź sobie kolejne zlecenie jak ci mało, ja nie narzekam. Jestem jaki jestem, takiego mnie urodziłaś, pamiętasz? Jestem twoją jemiołą, żyjemy w symbiozie mamuśku. - Roześmiałem się w końcu. No ona, moje drzewo - żywiciel, tak bardzo starała się ... własnie o co ona tak się starała? Ja pierdolę, nie wiem o co... Gdyby choć przez chwilę była taka jak jej babcia.
Kochałem moją prababcię, artystyczna dusza, ona zawsze rozumiała, co człowieka boli, a co cieszy. Zmarła biedaczka, a ja nie mogłem tego pojąć. Nie chciałem iść na ten pogrzeb, no ale jak, przecież kurwa wszyscy się zjechali, żeby opłakiwać biedaczkę, nawet jej nie znali.
To tylko trawka, wypaliłem skręta, musiałem jakoś się tam wbić. Tabun czarnuchów, obległ trumnę z pustym opakowaniem po prababci. Nie miałem pojęcia, że tak się będę nudził na tym pogrzebie. Przecież jej już kurwa nie było. Wróciłem do domu, ziomek załatwił amfę. Na blacie kuchennego regału zobaczyłem jakąś słuchawkę, nie mam pojęcia kto ją tam podrzucił. Nie pamiętam jak, ale znalazłem się na podwórku. Przyłożyłem słuchawkę do ziemi i wtedy usłyszałem ich wyraźnie. Takiego syna się doczekać, skaranie boskie. Nawet na pogrzeb nie mógł normalnie przyjść. Wstyd i hańba Pojebany naród, myśleli, że jak stoją dwie ulice dalej to ich nie usłyszę? Przycisnąłem mocniej słuchawkę i jakaś dziwnie miękka mi się zdała. Jakiś dzieciak przechodzący obok krzyknął do mnie: - Co pan robi z tym bananem? - Popatrzyłem na ziemię, na własną rękę, dłoń lepiła się od miąższu. Ja pierdolę, magia. Ktoś moją słuchawkę przemienił w banana

środa, 2 listopada 2011

2 listopada





Przemykałam pomiędzy tłumami ludzi i wciąż nie mogłam pozbyć się tej myśli: "Po jakie licho to wszystko?". Przychodzą, pochylą się na krótki moment, zapalą możliwie najdroższe znicze kupione z tej jednaj okazji. Rozglądam się, pomniki lśniące od porannej mglistej wilgoci, płomienie rzucające światło na zastawione chryzantemami tablice. Gdzieś w górze szybują wspomnienia o tych, dla których tu się znaleźli. Czy im to jest faktycznie potrzebne? Zastanawiam się, czy nie byłoby właściwsze, gdyby to oni raz do roku zbierali się w jednym miejscu i odprawiali rytualne modły za nas, żyjących.
Zostałam sama nad grobem, dzieciaki rozpoczęły wędrówkę po nekropolii, a ja stałam zapatrzona w grób i mimo wielokrotnych rozmów jakie toczyłam w tym miejscu wcześniej, tak rozmów, choć pewnie powinnam napisać monologów, nie umiałam nawet w myślach sklecić jednego zdania. Za moimi plecami nad pięknym, czarnym pomnikiem zebrała się wielopokoleniowa rodzina zmarłego. Dyskutowali, śmiali się, opowiadali jakieś anegdoty, a ja patrzyłam z podziwem, jak wiele radości może być w ludziach.