Lacrimosa

Loading...

czwartek, 27 października 2011

fragment drugi

Bartek, siedział na ławce przed domem w towarzystwie kolegów. Śmiech, rozbrzmiewał po zaniedbanym podwórzu. W oknie na piętrze, siedziała młoda dziewczyna, długie włosy, powiewały swobodnie, podrywane podmuchami letniego wiatru. Krzyczała coś w stronę, pijących piwo mężczyzn.
- Do domu! – wrzasnął Bartek.
-Bujaj się – odpowiedziała. – Ja nie Agata, jej możesz rozkazywać – odgryzła się.
- Co, powiedziałaś? – Bartek wściekły, wstał z miejsca i zwrócił w stronę wejścia do budynku.- Coś ty powiedziała? – powtórzył i zacisnął zęby.
W tym samym czasie zbitą z desek bramkę na podwórzu, otworzyła sześćdziesięcioletnia kobieta o miedzianych, krótkich włosach i wyraźnym makijażu.
- Sąsiadka jak zwykle elegancka – rzucił kolega Bartka nieco sepleniąc.
- A co tu się dzieje? – zapytała kobieta, przeszywając wzrokiem obu mężczyzn. – Już popijacie?
- Zaraz popijacie… – Machnął ręką Bartek. – Gadamy, a że w buzi zaschło, to trza pomoczyć, tak? – powiedział żartobliwie. – A mama, gdzie się szlaja? – zapytał z uśmiechem.
- W mieście byłam, chodź Bartek do domu.
- Zaraz – burknął.
- Chodź, chodź synu – ponagliła i podeszła do syna.
- Powiedziałem zaraz. Powiedziałem, czy nie? – Odsunął się i wyciągnął rękę w kierunku drzwi. – Idzie mama? No, niech mama, idzie. – Dodał spokojniej.
- Masz skończyć to piwo i za pięć minut, widzę cię w domu – stanowczym głosem, odezwała się kobieta i podrzuciwszy w dłoni żółtą jednorazówkę ,ruszyła do domu.
- Jasne – rzucił pogardliwie.
Dziewczyna zamknęła okno, a Bartek ponownie, rozsiadł się na wykoślawionej ławeczce i podniósł do ust do połowy wypełnioną butelkę z piwem.
- To mówisz, że twoja cię pognała? – zagaił niski, przygarbiony współtowarzysz.
- Nie pognała. Nie otworzyła mi drzwi, ale zobaczymy, kilka dni i będzie prosiła, żebym wrócił.
- Myślisz? – zapytał mocno wcięty już kolega, kołysząc się lekko.
- Przecież ona mnie kocha – odpowiedział spokojnie Bartek i pociągnął następnego łyka.
- A jak nie?
- Co nie?
- Jak nie powie ci żebyś wrócił, co wtedy zrobisz? – ciągnął kolega. – Dajmy na to, że tym razem Agata powie, że ma cię w dupie? – zachichotał.
Bartek odstawił butelkę na tyle silnie, że ta przewróciła się na prowizorycznym stole, wylewając z siebie resztkę piwa. Odwrócił się ze złością w stronę kumpla i zawołał:
- O co ci chodzi?!
- Nic – powiedział niski szatyn. – Rozważam tylko taką możliwość, bo w zasadzie to ona może już mieć kogoś na twoje miejsce. – Ostatnie słowa, doprowadziły Bartka do wściekłości, wstał i chwycił kolegę za kaptur starej zniszczonej bluzy.
- Gadaj kurwa, co wiesz! – wrzasnął. – Gadaj!
- Pojebało cię, stary żartuję tylko – odpowiedział pośpiesznie mężczyzna, szarpiąc się. – Puszczaj debilu! Żartowałem tylko.
Bartek, nie zwolnił uścisku. – Bo ci wyjebię, jak mi nie powiesz – zagroził i zaciskając pięść podkurczył rękę, a następnie cofnął ją lekko, zamierzając się na kolegę. – Chcesz? – wrzasnął. – Widziałeś ją z kimś?! Na bank ją widziałeś.
- Nie – mamrotał ledwo, trzymając się na nogach. – Nic nie widziałem.
- Zabiję ją. Kurwa, zabiję! – ryczał na całe podwórze.
Nagle do szarpiących się mężczyzn, podbiegła kobieta i chwyciła Bartka mocno za ramię – Bartek na górę – powiedziała stanowczo i usiłowała, zaciągnąć mężczyznę do domu.
- Zaraz – wyszarpał się i ponownie podszedł do kumpla. – Gadaj!
- Do domu mówię – matka, nie dawała za wygraną ponownie, złapała Bartka za ramię i tym razem znacznie silniej, ciągnęła za sobą.
- Dobra już idę – uspokoił się trochę.
Weszli na wiodące do klatki schody, Bartek odwrócił się, jego kolega, zbierał porozrzucane butelki i również szykował się do domu.
- Zabiję cię kurwo – krzyknął w stronę towarzyszącego mu jeszcze przed chwilą mężczyzny. – Dowiem się, zobaczysz, że się dowiem i jeśli okaże się, że to ty kręcisz się koło mojej żony, ubiję cię jak prosiaka. Słyszysz śmieciu?!
- Cicho już. – Matka, głaskała syna po plecach. – No cicho!
- Co mnie mama, głaska – wzdrygnął się.
- Nie denerwuj się, mama, kupiła ci piwko, spokojnie sobie, wypijesz i zapomnisz o wszystkim – wyrecytowała. – Widzisz synu, ona ci życie zatruła, nawet tu ciągle o niej myślisz, nie jest warta twoich nerwów, ta wielka pani psycholog, ta kłamczucha.
- Niech mnie mama, nie wku…- nie dokończył. – Jeszcze słowo, a idę na wały! – wrzasnął. – Nawet mi nie wspominać o Agacie, słyszała mama? Pytam, czy mama słyszała? – Zawrócił gwałtownie na schodach.
- Wiem synku, wiem, spokojnie, idziemy do domu – odpowiedziała.

Bez tytułu, póki co...


Agata wróciła do domu zmęczona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. W mieście była jedynym psychologiem specjalizującym się w terapii rodzin. Mieszkała w trzypokojowym mieszkaniu wraz z dwójką dzieci i do niedawna drugim mężem. W środowisku pedagogów, terapeutów cieszyła się bardzo dużym poważaniem. Jej wyniki pracy były imponujące. W większości przypadków, udawało jej się wyprostować relacje między zbuntowanymi nastolatkami, a ich rodzicami.
Gdy tylko przekroczyła próg pokoju, usłyszała pukanie do drzwi. Zdziwiła się nieznacznie, było dość późne popołudnie i nikogo, nie spodziewała się gościć.
- Proszę! – krzyknęła z pokoju i leniwie, ruszyła wąskim, długim korytarzem w stronę wejścia.
Drzwi otworzyły się, a w progu ujrzała teściową. Kobieta, obdarzyła Agatę wymuszonym uśmiechem:
- Dzień dobry – kiwnęła głową i nie czekając na reakcję synowej, ruszyła w jej kierunku. Była nieznacznie niższa od Agaty, krótkie włosy zafarbowane na miedziany kolor dość dobrze współgrały z brązową szminką, pokrywającą usta. Sześćdziesięciokilkulatka, dbała o swój wygląd, delikatny makijaż i dobrze dobrany kostium, odejmowały jej kilku lat. – Możesz zrobić mi kawę? – zapytała zaskoczoną synową.
- Oczywiście, przejdźmy do kuchni. – Zaproponowała Agata i ruszyła pierwsza.
- Przyszłam, bo…- zaczęła kobieta, zwracając się do synowej nalewającej wody do czajnika. – Prosił mnie Bartek, bym mu przyniosła pozew rozwodowy, który podobno napisałaś.
- Słucham? – Agata odsunęła się od stołu, na którym przed chwilą, ustawiła filiżankę ze świeżo zaparzoną kawą. Oniemiała, a pod wpływem tego właśnie uczucia, otworzyła bezwiednie twarz i przyglądała się, siedzącej przy jej stole, w jej domu kobiecie. Nie była w stanie przez dłuższy czas, wypowiedzieć nawet jednego słowa. Stała bez ruchu i patrzyła na teściową.
- Czemu tak patrzysz? – zapytała wreszcie kobieta.- Bartek mówił, że miałaś, napisać pozew rozwodowy?
- Wczoraj odszedł, a wy dziś, chcecie ode mnie pozew? – Agata, zmarszczyła czoło i opadła na puste krzesło, stojące tuż przy niej. – Chwila, jeszcze nie napisałam. Może dacie mi trochę czasu? – Podwinęła nogę pod siebie, w tej pozycji zyskała przewagę. Chciała, by pijąca kawę kobieta odczuła swoisty rodzaj zlekceważenia. – Dopiero wróciłam z pracy, jestem zmęczona – ciągnęła dalej, zmieniając temat. – Muszę zrobić dzieciom coś do jedzenia…
- Dawno mówiłam, że wasze małżeństwo nie ma sensu – stwierdziła teściowa, biorąc duży łyk z kolorowej filiżanki. – Rozwiedziecie się i zaczniecie nowe życie. Okłamywałaś tyle lat mojego syna i nadal kłamiesz, przecież on sam nie odszedł, nie wpuściłaś go do domu. – Dokończyła i opuszkami palców, przetarła kąciki ust.
- Owszem nie wpuściłam go, a dlaczego miałam go wpuścić? Całą noc się szlajał, a rano do domu przyszedł? Niby w jakim celu? Hotel sobie znalazł, czy inne przytulisko?
- Nigdzie się, nie szlajał tylko u mnie był – kobieta, podniosła głos. – Dość tego. Oszukujesz go na każdym kroku, ile chłopak może znieść. Powiedziałaś mu, że pobrałaś z banku tylko premię, akurat tak się składa, że ktoś cię widział w tym banku i powiedział nam ile dokładnie kasy, wzięłaś. – Twarz teściowej zaczęła, nabierać purpurowego koloru, a kości policzkowe uwydatniały się pod wpływem ścisku mięśni. Kobietę, opanowała wściekłość.
- No, nie wytrzymam – Agata, zaśmiała się nerwowo. – Ja go oszukuję? Ja!? Ciekawe kto, wyciąga mi pieniądze z portfela i przepija je? A odnośnie pieniędzy, które pobrałam, powiem tylko tyle, to moje pieniądze, czy Bartka? No czyje do cholery?! Nawet, nie muszę nikomu, mówić czy wypłacam, kiedy wypłacam i ile. To moja wypłata, pracuję ciężko na nie, tak?! – krzyczała w kierunku gościa. – Tak czy nie? Bartek chce pieniądze? Nie widzę problemu, niech idzie do pracy.
- Dobrze wiedziałaś, wychodząc za niego, że on nie pracuje.
- O nic z tych rzeczy, to on dobrze wiedział żeniąc się, że nie ma takiej opcji w ogóle, by był na moim utrzymaniu.
- No to, zrób jak ci zawsze mówiłam – odezwała się tym razem już łagodniej teściowa. – Agata, usiądź wieczorem i spokojnie, napisz ten pozew. Jutro przyślę, którąś z dziewczyn po niego i wyślę poleconym. Wy się nie nadawaliście nigdy do siebie.
- A owszem dobrze nam było czasem, ale tylko wtedy, gdy Bartek, trzymał się z dala od was.
- Jak śmiesz! – oburzyła się kobieta. – To jest mój syn, dokąd miał pójść, kiedy ty wyganiałaś go z domu.
- A przyczyna? Widzi mama tylko to, co chce zobaczyć. Z jakiegoś powodu, kazałam mu się wynieść prawda? Sześć długich lat waszych wspólnych krętactw, manipulacji i innych podłości. Niech go mama, zapyta ile przez ten czas, dał pieniędzy na życie, a ile przehulał. Proszę, odpowiedzieć na pytanie, czemu mamy zięć musi pracować i utrzymywać swoją żonę, a syn ma do końca życia, pasożytować na mnie i moich dzieciach?
- Mylisz pojęcia – burknęła nadąsana teściowa. – Bartek obiecał mi, że nigdy już nie odezwie się do ciebie, nie zadzwoni i nie napisze, i zapamiętaj, jeśli ty pierwsza się z nim skontaktujesz, zrobię ci taką awanturę, że zobaczysz…- Kobieta, wstała i skierowała się do wyjścia. Agata wciąż tkwiła na krześle, nie powiedziała już ani jednego słowa.
Kroki na klatce schodowej dawno już ucichły, a ona nadal w tej samej podkulonej pozie, siedziała na krześle. Starała się nie myśleć o tym, co przed momentem usłyszała. Oglądała podłogę, po chwili przenosiła wzrok na ściany, aż wreszcie zatrzymała się na własnych dłoniach. Długie palce zakończone średniej długości paznokciami, przyciągnęły na dłużej uwagę. Płytki, zauważyła to dopiero w tej chwili, płytki dotąd tak zadbane zaczęły, ujawniać podłużne pręgi. Przypomniała sobie, że dokładnie takie same, widziała, jako dorastająca dziewczyna u swojej mamy. To był znak czasu. Jej ciało poddawało się działaniu upływających lat.
- Co robisz mamo? – zapytała Kamila, stając w drzwiach.
- Nic.
- Powiedz mi, czy przypadkiem nie było u ciebie matki Bartka? Spotkałam ją w pobliżu domu. – Kamila, spojrzała podejrzliwie.
- A no była.
- Mamo, daj sobie spokój z tą powaloną rodziną, proszę cię.
- Kamila, nie wyrażaj się w ten sposób – Agata usiłowała, wpłynąć na córkę, by powstrzymała się od komentarzy. – Lepiej będzie, jak uprzątniesz swój pokój, zabić się można. Jutro przyjeżdżają dziadkowie, przywiozą Pawła i nie chciałabym znów się wstydzić przed nimi za swoją leniwą córkę.- Agata puściła oko i uśmiechnęła porozumiewawczo.
- No dzięki mamo, serdeczne dzięki. – Nastolatka oburzyła się na matkę.
- Aj młoda, młoda – westchnęła Agata i natychmiast, wstała z krzesła. – Dziś robisz porządek u siebie, a jutro jak wrócę z pracy, skupiamy się na szafach i zbytecznych ciuchach. Okej? – Oparła rękę o ramię córki i delikatnie, pchnęła ją przed siebie.
- W sumie można – odrzekła Kamila i obie, ruszyły w stronę pokoju. – Mamo… - zawołała Kamila i demonstracyjnie, wstrząsnęła rękami. – Proszę, obiecaj mi, że nie wrócisz do niego. – Podbiegła do stojącej w progu pokoju Agaty i rzuciła się jej w objęcia. – Nie możesz – szeptała matce do ucha. – On cię niszczy. Mamo.
Agata przycisnęła córkę mocno do siebie i zatopiła palce w długich, czarnych włosach, spadających swobodnie na plecy i ramiona. Przeczesywała kosmyki, odgarniając nieposkromione pasma spływające na twarz.
- Nic nie mów córeczko – dłonią, podniosła twarz córki z własnego ramienia i spojrzała Kamili głęboko w oczy, a następnie, podrzuciła głowę, robiąc przy tym tę samą śmieszną minę, jaką zawsze, stroiła do dzieci, kiedy były jeszcze małe. – A teraz do roboty – klepnęła nastolatkę w pośladek.

poniedziałek, 24 października 2011

Łańcuszek


Kombinuję, miętosząc się wciąż na łóżku, jak tu wstać. Zwyczajnie bez oporu, postawić na podłodze jedną nogę, potem drugą, myślisz, że to takie proste wyzwanie? Wyjść, byle wyjść z domu. Reszta jakoś się potoczy. Siadam i wcale nie jest czynność, sprawiająca przyjemność. Słyszę go, krząta się po kuchni…mojej kuchni. Idzie, ciężkie stąpanie roznosi się po deskach i powoduje wyraźnie słyszalne skrzypnięcia. Znów mnie zaskoczył, oto na ławie przed moim prywatnym, wygodnym całkiem więzieniem, postawił filiżankę świeżo zaparzonej kawy. Aromat nęci, świdruje nozdrza i wywołuje niekłamane pożądanie, gdyby tylko to nie on ją podał. Patrzę, właściwie nie, wlepiam bezmyślnie wzrok w filiżankę, jeden namalowany kwiat, przywodzi na myśl mnie samą, samotną, wbitą w podłoże. Zerkam na niego, nie widzi mnie, delektuje się własną czarną z mlekiem. Unika kontaktu, czuję to ciepło, gdzieś tam w środku, ile ja bym dała, żeby wstać i tę jego w łaskawości podaną kawkę wylać mu prosto na głowę. Rozbić elegancką filiżankę, podarowaną w komplecie w ramach prezentu ślubnego i trzasnąć go w twarz.
Nie umiem tak grać, rany trzeba być mistrzem świata, żeby coś podobnego udawać. Niech mu będzie, pierwszy łyk i kołatki tuż nad żebrem, powiem – wreszcie powiem, co o nim myślę, spokojnie bez emocji, wyrecytuję to co w nocy układałam w pamięci.
- Jesteś beznadziejny, wiesz? – zapytałam odstawiając filiżankę na miejsce. Oderwał wzrok od telewizora i spojrzał na mnie jak zbity pies. Znam te sztuczki, teraz nastąpi skrucha, tłumaczenie ze wskazaniem na jego niewinność, głupawe uśmieszki i przyrzeczenia. Nie dam się nabrać, nie tym razem…Cholera byle się nie dać wkręcić. „Wytrzymaj”, przekonuję siebie.
- A myślisz, że ja to nie mam dosyć? – Nieoczekiwanie przysiadł się obok. – Czepiasz się tylko ostatnio o wszystko, nakręcasz się i nie zwracasz uwagi na moje uczucia.
- Uczucia? – roześmiałam się, rozbawił mnie tym swoim patetycznym tonem. Uczucia…nie wytrzymam, hrabia ma uczucia.
- O czym mówisz? Obraziłam uczucia, twierdząc, że od tygodnia w lodówce pingwiny w hokeja grają? O jakich uczuciach ty do mnie? O tym, że nawet pies nie chce jeść w kółko tego samego, a dzieci muszą, tatusiu? – Tak ironicznie i szyderczo zajrzałam mu w oczy. Ja mu dopiero udowodnię, że potrafię być tą wredną suką. – To jest dla ciebie powód, by zmieszać kogoś z błotem? Człowieku, uważasz to za argument, by nazwać mnie kurwą? Jesteś żałosny. Jeśli ja jestem kurwą to odpowiedz kim w takim razie jesteś ty? – Z rozmysłem czekałam na odpowiedź. Tak, lepiej mi się zrobiło. Poczułam ulgę i wcale nie z tego powodu, że udało mi się coś wydukać, a dlatego, ze z uśmiechem na ustach, uderzyłam jego własną bronią.
Posępnie spojrzał z pod łba, chyba nie wierzył własnym uszom, bo wcale nie zaskoczyło go to co powiedziałam, a sposób w jaki owo wyznanie, uczyniłam. - Oj przestań - wypaplał na odczepnego i usiłował jeszcze bardziej się zbliżyć. - Bo to wiesz jak jest, zaczęłaś, a ja skończyłem. - Zamachnął się, by zarzucić na moje ramiona rękę, co zaowocowało u mnie gwałtowną reakcję. Wykonałam jakiś dziwny ruch całym ciałem, w efekcie którego ramię mojego męża wylądowało na łóżku. - Nie przesadzaj - obruszył się. - Nigdy nie zrobiłem ci krzywdy - potwierdził własne słowa bezczelnym kiwaniem głowy.
- Nie, ależ skąd nigdy nie zrobiłeś mi krzywdy. Ty miałbyś coś złego komuś zrobić? - zapytałam szyderczo. - Ty? Żart. Przecież to nie ty dałeś mi w mordę, ktoś się tylko do nas dosiadł.
- Ledwie cię dotknąłem.- Obrzucił mnie takim spojrzeniem, jakbym urwała się z choinki.
- A no tak, ledwie... - powtórzyłam jak echo i naraz dotarło do mnie, że całe to gadanie jest pozbawione sensu. Jego efektywność była mniej więcej taka jak nalewanie wody do dziurawego garnka.
Przestałam reagować na cokolwiek, gdzieś docierały do mnie pojedyncze słowa. Złapałam pilota i wcisnęłam przycisk jakby na tu i teraz było to wybawienie, z głośników popłynęła muzyka, a ja dusiłam wciąż malutki klawisz "volume". Siedzący dotąd przy mnie człowiek, zerwał się gwałtownie i momentalnie zniknął z oczu.

sobota, 22 października 2011

Kilka dni wyjętych z tego roku.

Środa
Obudziłam się rano, bez specjalnego przekonania podniosłam głowę z poduszki, wszystko wydało mi się jakieś dalekie, obce. Dobrze, że choć dźwięki dochodzące z sąsiedniego pokoju uznałam za znajome. Młody obudził się pierwszy i oczywiście pierwszą rzeczą jaką zrobił było odpalenie telewizora. Tak bardzo nie chciało mi się wstawać z łóżka, podciągnęłam się jednak, powoli, ociężale zwlokłam się jakoś. Leżał na przeciwległym krańcu narożnika, on, ten, któremu kilka lat wcześniej powierzyłam siebie i dzieci. Pochrapywał cicho, a ja zastanawiałam się skąd ten człowiek się wziął...Odruchowo dotknęłam policzka, więc to nie był zły sen
Uszykowałam dzieci do szkoły i zabrałam się za robienie kanapek. Wróciłam do pokoju, przykładnie jak gdyby nigdy nic wstał, zrobił kawę i spojrzał na mnie solidnie zdziwiony. Po raz, nie umiem już zliczyć który z oczu wyziera to niewiniątko, ten piekielnie udręczony, niezrozumiany przez podłą szmatę, z którą niechcący się ożenił, skrzywdzony ideał. Przecież on nic złego nie robi, popatrz na niego pusta kobieto, każdego ranka odprowadza dzieci do szkoły, czegóż więcej można chcieć...
Poszedł jak zawsze z dzieciakami, a ja znów wbiłam się w łóżko jeszcze chwilkę poleżę, ostatnimi czasy gnicie w pościeli to moje ulubione zajęcie. Spróbuję popisać trochę, muszę wreszcie skończyć tę książkę...Nie ma silnych, palce nie składają mi się na klawiaturze tak jak powinny. Patrzę na ekran, pięć minut ogromnego skupienia i jakiś szczególny potworek językowy, nadający się tylko do potraktowania go deletem.
Jestem jak zalana wodą świeczka. Czy to możliwe, aby skruszyć się we własnych dłoniach? Oślepnąć i widzieć wszystko jednocześnie? Odpuszczam sobie pisanie i tak dziś tylko filozoficzne rozmyślania, zaśmiecają mi mózg.
W zasadzie cóż takiego się stało, przecież to tylko zwykły policzek, kurwa on nic takiego nie zrobił, cytując jego słowa. Głupia kobieto, mogłaś nie odpowiadać na wyzwiska, przecież wystarczyło sie przymknąć.... Machnęłam laptopem. I już słyszę wczorajszy dzień.
*
- Chleb ze smalcem będziecie jedli - wrzasnął z kuchni do dzieci.
Jak zawsze w podobnych chwilach, usiłowałam wytłumaczyć, że nie można robić dzieciom kolacji od dwóch tygodni z tym samym. Zagotował się w środku, skoro on mówi, że trzeba to trzeba. Kto mi dał prawo do zabierania głosu. Teraz mnie trafiło coś, jak można tak żyć.
- Słuchaj, ja już nie mogę na to jedzenie patrzeć, co dopiero dzieci...
Rzucił chlebem w kąt.
- Idę na piwo! - krzyknął.
- Gdzie? - Nie do wiary, on idzie na piwo, w czasie kiedy jak sam twierdzi zbyt dużo opłat było i trzeba oszczędzać. - Gdzie ty idziesz? Na piwo? Nie stać nas na twoje piwo. - Odpowiedziałam.
Włożył buty i obrzucił mnie tym swoim nienawistnym, szyderczym śmiechem. Trzasnął drzwiami. Stałam nieruchomo w korytarzu i nie mogłam uwierzyć.
- Zdechniesz kurwo - darł się na klatce schodowej.
Stałam bez ruchu, wyzwiska sypały się jeszcze z podwórka.
- Dlaczego on jest taki podły? - Młody złapał mnie za rękę i spojrzał ze smutkiem w oczy.
Rano zobaczyłam go spiącego na podłodze.
- Ty zdechniesz pierwszy - powiedziałam dość spokojnie, gdy wstał z tym swoim głupawym uśmiechem. - Nie jestem kurwą, a już z pewnością nie dla ciebie. To ja cie utrzymuję, nie ty mnie więc pomyśl kto w tym domu za kurwę robi - ruszyłam z monologiem, mając przecież wciąż nadzieję, że coś dotrze do niego z mojego gadania.
- Ty kurwo - powtórzył i zasiadł przed komputerem.
- Ja kurwa? To ty dziwka - oddałam.
Wstał, podszedł do fotela na którym siedziałam i nim się zorientowałam poczułam ciepło, palące ciepło na policzku. - Nigdy do mnie tak nie mów, chciałaś to masz - powiedział i znów wyszedł pić.
*
Tak dziś pójdę poszukać pomocy, przecież muszę coś zrobić. Policja - pomyślałam i naraz wystraszyłam się tej myśli. Wszyscy mnie tu znają, cholera taki kanał...co im powiem.

piątek, 21 października 2011

Wczoraj

Odwieczny problem...wczoraj jeszcze, szybowałam lekko niczym niebieski ptak. Stan nieważkości, utrzymywał się już czas jakiś, pisałam...chyba bardziej, tworzyłam nawet niż pisałam. Gdzieś w mojej głowie, rodziły się całkiem nowe pomysły na stare gotowce. Składałam palce na miniaturowej, zacinającej się wciąż klawiaturce i z zadowoleniem, zerkałam w ekran. Cholera pierwszy raz od dłuższego czasu, smakowałam tę przyjemność, delektowałam się słowem, niczym truskawkami, maczanymi w szampanie. Brry, przecież wcale nie lubię tego cierpkiego napoju. Nawet wariacje dzieci nie były w stanie, wyprowadzić mnie z równowagi, no i ta paskudna grypa, też nie umiała mnie powstrzymać. "Kocham was" chciałam wrzeszczeć, kiedy zaczęłam zauważać błędy, te własne, przed chwilą popełnione. Odrodziłam się, pomyślałam dumna z siebie tak bardzo jak z celującej oceny mojej córki. I nieważne było, że to swoista próżność, przecież raz w życiu mogłam się jej poddać bez uszczerbku jakiegoś konkretnego.
Pamiętasz? Wszystko tak fajnie się składało ostatnio...Czy to było właśnie szczęście?
Jedno słowo...salwa wywołana, przeze mnie, czy Ciebie? Bez znaczenia. Krzyk, złość. Stałam tam w kącie, nie mogłam uwierzyć, że tak można. Przecież nawet w swojej książce, nie wpadłam na taki scenariusz...Fabuła wymknęła się spod kontroli, jeśli przyjąć, że takie pojęcie w ogóle istnieje.
Tak, nawet bardzo bolało, Ty nie znasz podobnego uczucia. W zasadzie nawet nie chodziło o ten policzek, ani rzucone byle jak połamane krzesło. Wiesz, ścisnąłeś mnie w dłoni i zamiast raz szybkim ruchem, złamać skrzydła, wyrywałeś po jednym piórze.
Patrzę dziś na te moje pokaleczone lotki i pytam sama siebie, czemu Bóg stworzył mnie ptakiem?

niedziela, 16 października 2011

poprawiona wersja

Długi, wąski hol prowadził do gabinetu dyrektora. Po obu stronach korytarza znajdowało się po kilka par drzwi. Każde z nich zaopatrzone w tabliczkę, informującą o przeznaczeniu danego pomieszczenia. Skromne biuro otulone zielenią w każdym rogu, parapet oblepiony roślinami doniczkowymi. Pod ścianą, na podłodze w drewnianym naczyniu przypominającym miniaturową beczkę, stała dostojnie, olbrzymia dracena.
Zza sosnowego biurka, wzrok podniosła kobieta w średnim wieku, o śniadej cerze i dużych ciemnych oczach:
- Szukacie kogoś? Ach to ty Dawid, przyprowadziłeś swoją koleżankę widzę, to dobrze, doskonale. - Kobieta uważnie przyglądała się Natalii.
- Dzień dobry - odezwali się niemal jednocześnie.
-Tak. Dobry, dobry, więc jestem szefową tego ośrodka. Ludmiła Rossa. – Podała dłoń Natalii.
- Natalia Leś.
- Potrzeba mi opiekunki, - kontynuowała dyrektorka. - Mam tu troje dzieci, których mamy pracują, ale w zasadzie tylko jedno z nich wymaga stałego nadzoru. Dwójka pozostałych chodzi do szkoły. Niestety Patryk, bo tak ma na imię ten chłopiec, nie nadaje się do takich masowych siedlisk dla dzieci, w każdym razie jeszcze nie teraz...
- Bardzo lubię dzieci - Natalia weszła w słowo kobiecie.
- Obawiam się, moja droga, że opieka nad tym akurat chłopcem ani do łatwych, ani do miłych zadań należeć nie będzie. Patryk ma sześć lat i jest szczególnie wymagającym dzieckiem. Chłopiec sprawia problemy, nie możesz dopuścić do sytuacji, żeby choć na moment, został sam, bo ucieknie i nie doszukuj się w tym żadnej logiki, ucieka wszędzie i każdemu. Bez powodu, wyraźnej konieczności, zwyczajnie, zrywa się i biegnie przed siebie. Nikt nie wie, dlaczego, ani przed kim, wiadomo natomiast, że jest to odruch, nad którym zapanować nie potrafi.
- Jest chory? - zapytała zaniepokojona.
-Tego właściwie nie wiemy – ciągnęła szefowa ośrodka. - Żaden z lekarzy nie potwierdził jakiejkolwiek znanej choroby u chłopca, wszystkie badania wypadły pomyślnie. Wiadomo tylko, że dziecko odrzuca wszelką formę komunikacji i cofa się w rozwoju, nie znamy natomiast przyczyny tego zjawiska, a więc nie umiemy mu pomóc. Podejrzewano początkowo CZR u małego, jednak testy diagnostyczne wypadły negatywnie.Krótko mówiąc, w życiu tego dziecka zaszło coś, co spowodowało, iż chłopiec przestał mówić, przestał być samodzielny, po prostu zachowuje się jak niemowlak, którego trzeba karmić, przewijać jedyna umiejętność z wieku dziecięcego, jaka mu pozostała, to jak już wspomniałam, umiejętność biegania.
- CZR? – zapytała zdziwiona.
- Całościowe Zaburzenia Rozwojowe. Szczęściem,albo może w tym przypadku nieszczęściem podejrzenia się nie potwierdziły.
- E tam, nie będzie tak źle, jestem pewny, że sobie poradzisz. – Chłopak przyjacielsko poklepał dziewczynę po ramieniu. - Muszę lecieć na zajęcia, ale spokojnie, odbiorę cię około szesnastej, w końcu wiesz, aż tak bardzo nie różnisz się od tego chłopaka. - Dawid zażartował jakby od niechcenia i pożegnał się.
- Bardzo śmieszne, bardzo - odpowiedziała lekko oburzona.
- Mimo wszystko chcesz spróbować? - zapytała dyrektorka.
- Oczywiście.
- Więc chodźmy, zaprowadzę cię.
Długi korytarz skręcał w prawo. Na końcu skrzydła białe drzwi z niewielką szybą w górnej części. Pokój był prawie pusty. Na podłodze leżały plastikowe klocki. Duży dywan pokrywał niemal całą podłogę, a na środku siedział w kucki chłopiec, drobnej budowy, nienaturalnie pochylony do przodu, wyglądał na mniej niż sześć lat. Kobieta włożyła klucz w zamek i przekręciła, Natalia położyła rękę na klamce, nacisnęła i znalazła się po drugiej stronie szyby, przez którą obserwowały chłopca. Stanęła przed nim. Chyba jej nie zauważył, wciąż wpatrując się w podłogę
- Cześć, kolego - przykucnęła obok dziecka. Powoli podnosił głowę, wbijając przy tym dwoje niezwykle przenikliwych oczu w twarz dziewczyny. Poznała go, doskonale zapamiętała twarz dziecka. To był chłopiec ze zdjęcia w gazecie. Odwróciła się i spojrzała w szybę w nadziei, że ktoś tam jeszcze jest, ale nikogo nie było. Chłopiec nie spuszczał wzroku z nowej opiekunki, a jego twarz zmieniała się z sekundy na sekundę. Ponownie kucnęła naprzeciw dziecka i wtedy właśnie z jego nieruchomych ust zaczął wydobywać się kobiecy głos. Dość niska, jak na żeńskie brzmienie tonacja, wyraźnie wydostawała się z buzi dziecka siedzącego przed nią, jednak brak ruchu warg sprawiał wrażenie, jakby chłopiec był brzuchomówcą. Wsłuchiwała się w szept przeplatany z zawodzeniem płaczącego, wreszcie słowa stały się na tyle wyraźne, że mogła cokolwiek z tego zrozumieć:
- ... Nie byłam winna temu, co się zdarzyło, nie chciałam prosić nikogo o litość, choć jego serce już dla mnie nie biło, nie mogłam odejść, więziona wciąż siłą. Nie mogłam zapłakać i krzyczeć nie miło, czekałam na Ciebie, lecz Ciebie nie było. Tej nocy ulewnej jak koszmar przybyli, katując i niszcząc sprawiali, że żyli...-
Usiłowała wstać, by rzucić się do szaleńczej ucieczki, poczuła jednak uścisk małej rączki na przedramieniu, ciągle z głową pochyloną nad podłogą nie otwierając ust, odtwarzał ten sam głos:
- …. Nie odchodź, czekałam tak długo, zostań dziś. Siedziałam w tym brudnym fotelu, a każdy zachód słońca obiecywał mi twe przybycie, czekałam, nikomu nic nie mówiąc w bezgranicznym posłuszeństwie trwałam... - Obserwowała chłopca, lecz ten wciąż był w tej samej pozycji, tylko dłoń oparł na dywanie wodząc przy tym wskazującym palcem ślady łez tworzące mokre plamy na podłożu. Słone krople, jedna za drugą, lądując na kawowej wykładzinie tworzyły podłużną, zwężającą się przy końcu plamę, która do złudzenia przypominała ostrze noża.
- Obiecuję, nie odejdę.
Delikatnie gładziła rękę Patryka. Dziecko powoli wpadało w swego rodzaju trans pod wpływem, którego kołysząc się w przód i w tył usypiał sam siebie. Natalia poczuła rodzące się w niej poczucie odpowiedzialności za zasypiające dziecko. Ciekawość, ale też strach. Spojrzała nawłasne przedramię, delikatne włoski nastroszyły się, a skóra poprzetykana była różowymi kropeczkami.
- Na dziś koniec - oznajmiła pani Ludmiła wchodząc do pokoju. - Mama Patryka już wróciła, więc jesteś wolna.
Natalia po cichutku zbliżyła się do drzwi nie chcąc zbudzić podopiecznego.
- Czy mogę panią o coś zapytać? - zwróciła się do szefowej.
- Naturalnie moje dziecko - odrzekła i obie udały się do biura, w którym tego ranka omawiały szczegóły związane z pracą dziewczyny.
- Czy Patryk miał w ostatnich dniach wypadek samochodowy?
Dyrektorka najwyraźniej spodziewała się zupełnie innego zapytania, szczerze zdziwiona odpowiedziała:
- Nie wiadomo mi nic na ten temat, przez ostatnie siedem miesięcy chłopiec nie opuszczał ośrodka na dłużej niż kilka godzin, skąd takie podejrzenie Natalio?
- Wczoraj przeglądając prasę widziałam Patryka na fotografii, ilustrującej miejsce tragicznego w skutkach wypadku drogowego. Chłopiec stał przy wraku auta z dwoma mężczyznami. Jednego z nich trzymał za rękę. Wyglądali jak ocaleni z katastrofy.
- Niemożliwe, kochanie. Patryk jest półsierotą, jego biologiczny ojciec popełnił samobójstwo zanim chłopiec się urodził, matka powtórnie wyszła za mąż, niestety, nie udało się stworzyć rodziny. To był typowy przemocowiec. Bił tę nieszczęsną kobietę, ale z tego, co wiem chłopcu nigdy nic złego nie zrobił. Na tej fotografii musiało być bardzo podobne dziecko.
- To był on, jestem tego pewna, przyniosę ten dziennik, żeby mogła pani sama zobaczyć. Nie skończyły rozmowy, gdy w drzwiach stanął Dawid:
- Obiecałem, że cię zabiorę, więc jestem.
-Tak się cieszę, że jesteś, chcę żebyś zobaczył Patryka. Myślałeś,że mi odbiło, sam się przekonasz, coś się dzieje i wreszcie mogę to udowodnić.
- No, no - chłopak zalotnie spojrzał na Natalię.
- Nie wygłupiaj się, ten chłopiec to ten sam dzieciak, którego widzieliśmy rano w gazecie. Chodź ze mną i sam zobacz.
Po chwili we trójkę znaleźli się pod drzwiami pokoju, w którym wciąż spał chłopiec, Dawid przyglądał się zza szyby.
- O rany, masz rację to on. Jak to możliwe? - pytał, lecz nikt nie potrafił mu odpowiedzieć. Dawid umiejętnie udawał zdziwionego.
- Co wy mówicie? – Szefowa ośrodka zerkała to na Natalię, to na Dawida. Szczerze zaskoczona ich dyskusją. Nie miała pojęcia, co ich tak zdziwiło, ale bardzo chciała się tego dowiedzieć. – O co chodzi?
- Mówiłam pani, ten sam chłopiec jest na zdjęciu w gazecie, którą dziś oglądaliśmy. To on, nawet ubranie ma identyczne.
- Nie możliwe – wzdrygnęła się pani Ludmiła.
- Racja, to ten dzieciak – przyznał Dawid.
Dyrektorka zasępiła się, tych dwoje mówiło o czymś,co nie mogło się zdarzyć. Pulchną dłonią z zaskakującą dbałością poprawiła półdługą beżową bluzkę i prawie krzyknęła po chwili, jakby nagle doznała olśnienia i poznała odpowiedź na niezadane pytanie.
- Chłopcze, za rogiem jest sklep, skocz po gazetę, ocenimy…nie ma co się gorączkować, zobaczymy.
Kilka minut później Dawid, Natalia i pani Ludmiła przeglądali ten sam numer lokalnego dziennika, który znajdował się u Natalii w domu. Było w nim wszystko, informacja o zamykającym oddziały szpitalu, jednak żadnego fotosu chłopca, nawet najmniejszej wzmianki o wypadku.
- Nie rozumiem – stwierdziła zrezygnowana nastolatka i nerwowo przerzuciła kartki. – Było tu…- wskazała na stronę główną pisma, - dokładnie w tym miejscu.
Dyrektorka wyglądała na zdegustowaną, pokiwała głową z politowaniem.
- Dawid, powiedz coś – zawołała Natalia, zdając sobie sprawę z wrażenia jakie wywarła na szefowej. Mogła przecież stracić dopiero podjętą pracę, a co gorsza zostać uznana za niezrównoważoną i nigdy więcej nie zostać dopuszczoną do dziecka.
- To prawda – oznajmił sucho Dawid. – Tamta gazeta różni się trochę od tej. – Trącił celowo trzymane przez dziewczynę pismo, tylko kur…- zreflektował się w ostatniej chwili – kurde nie mam pojęcia, co to oznacza. Jakiś Harry Potter, czy inne gówno.
Kobieta stała bez ruchu, wlepiała pusty wzrok w szybkę i niby obserwowała Patryka.
- Wiecie co, mam sześćdziesiąt lat na karku i wcale mnie nie bawi wasza opowieść, zastanawiam się nawet, czego chcecie dowieść? Przecież nic głupszego nie mogliście wymyśleć.
- Ale to prawda, nic nie zmysliliśmy, musi nam pani uwierzyć – Natalia usiłowała przekonać szefową, mając świadomość jak niewiarygodna jest jej opowieść.
- Magia?- zapytała ironicznie.
- Jutro z samego rana przyniosę gazetę, tę z mojego domu, sama pani zobaczy.
Pani Ludmiła nie wyglądała na przekonaną, poprawiła okulary i wyraźnie znudzona ruszyła w kierunku swojego biura. – Idźcie już – zawołała z oddali.

Całą drogę powrotną zastanawiali się, jakie może być prawdopodobieństwo, iż Patryk i chłopiec ze zdjęcia to ta sama osoba. Dziennik leżał w tym samym miejscu, gdzie go zostawili. Jednocześnie rzucili się, by obejrzeć tajemniczą fotografię, lecz to, co ujrzeli przeraziło ich jeszcze bardziej. Rozbite doszczętnie auto tuż obok dwóch mężczyzn, różnica polegała na tym, że chłopiec nie trzymał już jednego z nich za rękę, a leżał u ich stóp w poszarpanej koszuli i rozerwanych spodniach. Spoglądali na zmianę, to na siebie, to na fotografię, żadne z nich nie miało pojęcia, co się dzieje. Niemożliwe, aby wszystko działo się naprawdę. Żadnego wytłumaczenia.
- Nie wiem, o co tu kurwa chodzi, ale gazeta jest tworem martwym, a my żyjemy, popraw mnie, jeśli się mylę. – Dawid nerwowo spacerował po pokoju. – Jak, no jak to jest możliwe, że martwy kawałek papieru zmienił swoją zawartość, dupa Natalia, nie ma takiej możliwości, czy my znaleźliśmy się w jakimś laboratorium inżynierii kwantowej? Powiedz coś wreszcie - był wyraźnie zaintrygowany i poruszony jednocześnie. Czekał na reakcję dziewczyny, ale ta ciągle wpatrywała się w zdjęcie.
– Ja też nic z tego nie rozumiem, jedno jest pewne, ten chłopiec na zdjęciu, to Patryk, tylko, dlaczego on leży, rano jak wychodziliśmy, stał przecież i trzymał za rękę tego faceta. - Palcem wskazała na młodszego z mężczyzn.- Rozmawiałam z nim, co ja gadam? Nie, nie rozmawiałam, on mówił do mnie, a ja słuchałam, rany, obłęd jakiś, nawet nie on do mnie mówił – popatrzyła na Dawida jednoznacznie, jakby chciała krzyknąć: „Wiem, co o mnie myślisz! „
- To jakiś kicz. Tak mi się zdaje, jakaś porąbana podróba. Ktoś cię w jajo robi – dodał spokojniej już. – Musisz przestać o tym myśleć.
- Może – skwitowała.
- Natalia, co byś powiedziała na kino? – zapytał weselszy już Dawid.
- E nie, nie lubię takich miejsc.
- No więc wykombinuję jakiś film i wpadnę jutro. A powiesz mi czemu się wyniosłaś z domu?- Ponownie usiłował podjąć temat.
- Tak jakoś samo wyszło – rzuciła na odczepnego.
- Czyli?
- Miałam dość tamtego miejsca.- Odrzuciła grzywkę szybkim ruchem. – Moja matka…ona …
- Nie mów jeśli nie chcesz.
- Miałam dziesięć lat kiedy umarła moja siostra, była chora, a później jakoś samo wszystko poszło.Najpierw odszedł ojciec, matka zaczęła pić, sprowadzać facetów. To nie był dom.
Dawid chyba pierwszy raz naprawdę jej współczuł.
- Musiało być ci ciężko – stwierdził i szturchnął Natalię jakby chciał powiedzieć :”dobra skończmy ten temat”
- Wiecznie było mi ciężko, zawsze byłam jakaś inna. Wiem, wiem, powiesz pewnie, że czubki tak mają,ale ze mną serio było coś nie tak. Jakieś przywidzenia, wiesz nigdy nie umiałam się zaprzyjaźnić z żadną z koleżanek. Do Iwony – mojej siostry – przychodziły dziewczynki z klasy,a mnie wszyscy unikali. Ktoś coś gubił, wtedy wołali mnie na ratunek. Potrafiłam wszystko znaleźć, choć do dziś nie wiem czemu. Jak już niczego ode mnie nie potrzebowali, nie byłam potrzebna, ale komu byłby potrzebny jakiś dziwoląg – zaśmiała się.
- Było minęło, nie masz, co się nad tym zastanawiać. To jak z tym filmem? Masz ochotę na konkretny tytuł?
- Wszystko jedno, tylko pliss żadnych romansów – odpowiedziała.
- Muszę lecieć mała – Dawid poderwał się i całkiem uradowany stwierdził na odchodne. – Skołuję jakąś komedię, trzeba się z czegoś wreszcie pośmiać. – Machnął ręką i zniknął za drzwiami.

Oczekiwanie na następny dzień pracy było nie do zniesienia. Wieczór nienaturalnie trwał dłużej niż zazwyczaj. Przed snem spakowała do maleńkiego plecaka gazetę, na której chłopiec leżał przy rozbitych samochodach. To był dowód, na to,że nie zwariowała. Argument,który dyrektorka ośrodka powinna przyjąć do wiadomości i który spowoduje iż Natalia nadal będzie się zajmować chłopcem. Nie mogła stracić tej pracy.
Usiłowała zamknąć oczy, a gdy tylko to uczyniła przed oczami pojawiały się ruchome obrazy, drzwi i nieznani ludzie próbujący je otworzyć. Nie miała pojęcia kim byli, jednak ich obecność napawała ją strachem. To były zwyczajne drewniane drzwi, pomiędzy deskami prześwitywało coś, co oświetlało drugą stronę, gdzieś zza zamkniętych powiek dostrzegła klamkę, ktośnanią naciskał jednak nie ustępowała. I znowu to drapanie. Otworzyła oczy, przebiegła wzrokiem po pokoju, drzwi po drugiej stronie ściany były zupełnie inne. Naraz dotarło do niej,że od chwili, kiedy się wprowadziła, nie weszła do drugiego pomieszczenia. Nerwowo odwróciła się do okna, Patryk…przekonywała samą siebie do większego zaangażowania w kontaktach z Patrykiem. Najważniejsze, by znowu się nie przestraszyć – myślała.

Pani Ludmiła siedziała w swoim gabinecie, przeglądała dokumenty, odgłos kroków na korytarzu, zmusił ją do oderwania od zajęcia. Ociężale wstała odsuwając krzesło od biurka i skierowała się w stronę korytarza.
- A to ty? – machnęła ręką nawidok Natalii.
- Dzień dobry pani Ludmiło. Mam to – zawołała uradowana dziewczyna.
Kobieta nie podzielała jej radości, wyglądała na bardzo zmęczoną, a wizyta Natalii raczej nie była oczekiwanym zdarzeniem.
- Co masz? – zapytała bez entuzjazmu.
- Gazetę.
Natalia weszła za kobietą do gabinetu i nie zważając na brak zainteresowania szefowej schroniska, położyła na biurku pismo.
- Tu pani Ludmiło,niech pani spojrzy.
Kobieta podniosła głowę ale nie przeniosła wzroku na dziennik, tylko spojrzała wymownie na dziewczynę,jakby chciała powiedzieć „daj mi spokój”, jednak ta uparcie wskazywała palcem na fotos. Dyrektorka mimochodem zerknęła w miejsce wskazywane przez Natalię i zamarła. To był ten sam chłopiec, identycznie ubrany, w tych samych sportowych bucikach.
- To niemożliwe – powiedziała cicho i złapała się za głowę. To jakiś absurd – dodała. – Idź do niego, idź do Patryka – ponagliła niespodziewnie Natalię.
Powoli zbliżała się do sali, w której w dokładnie w takiej samej pozycji jak poprzedniego dnia siedział chłopiec. Nie zareagował, gdy stanęła przy nim. Zachowywał się tak jakby wciąż był sam.
- Jestem, co będziemy dziś robić? - zapytała.
- Robić, robić – powtórzył, patrząc w podłogę.
Usiadła tuż przy nim. Delikatnie, wyciągnęła dłoń usiłując ,dotknąć głowy chłopca. Wycofała się jednak, widząc przerażenie w oczach dziecka.
- Nie zrobię ci krzywdy – powiedziała cicho.
Sześciolatek bez słowa drapał ręką wykładzinę, wywołując nieprzyjemne dla uszu wrażenia akustyczne. Chrobotanie podobne do odgłosów wydawanych przez buszujące szkodniki przyprawiało Natalię o dreszcze. Rozczarowała się, miała nadzieję, że usłyszy ponownie jakąś część, zagadkowej opowieści. Mijały kolejne dni i nic nowego nie wnosiły. Chłopiec nadal nie reagował w żaden sposób na opiekunkę. Zawsze siedział w tym samym miejscu bez słowa, wykonując rytualne, niezrozumiałe i niewidoczne dla nikogo rysunki na dywanie. Do tego celu używał zawsze lewej ręki. Nie miała już nadziei, że cokolwiek nowego się zdarzy. Jak zawsze rankiem wkraczała do sali Patryka. Machinalnie siadała obok niego i automatycznie powtarzała to samo zdanie:
- Co dziś będziemy robić?
Tak jak każdego dnia nie było odpowiedzi, nic tylko cisza.
- Końcem nadziei dotrwałam do jutra, on był już martwy, a noc za krótka. Z księżyca blaskiem miałam przepłynąć, by poznać ciebie, lecz ciebie nie było.
Natalia znieruchomiała, Patryk jak wtedy pierwszego dnia nie poruszał ustami, nie patrzył na nią. Recytował dobrze znanym kobiecym głosem.
Dali, więc rozpacz na drugie śniadanie i pocieszyli, że poznam nieznane. Pytałam o życie, nieśpieszno je żegnać wbili, więc w pęta, zostałam tam jedna. Krzyczałam, nie wiedząc jak wielka ich siła, podeszli mnie skrycie, by skazać na życie.
- Patryk, Patryk! - krzyczała - Co ty mówisz? Kim jesteś? – Trzymała chłopca za ramię, lecz ten wciąż nie podnosił głowy, zupełnie jakby go tam nie było.
Kołysał się lekko w tył i przód dokładnie tak jak pierwszego dnia.
- Patryk, obudź się! - Nieznacznie potrząsnęła chłopcem i wówczas ten, wzrokiem pełnym rozpaczy, wbił się w dziewczynę. Przestraszył ją wyraz błękitnych oczu dziecka. Patrzył nieruchomymi źrenicami, a mogłaby przysiąc, że bezgłośnie błaga o litość.
- Co mam zrobić? Odpowiedz mi.
Wciąż nie odrywał wzroku od opiekunki, niezwykle nieruchomy ponownie wydał z siebie głos:
- Do Ciebie przybędą z tą samą nowiną, okrutną torturą swój niebyt ożywią. Samotna z lękami zasiądziesz w fotelu zaczekasz na miłość zdradzona przez, wielu, gdy tamta nadejdzie ze łzami na twarzy pomyślisz, że żyjesz, a cud się nie zdarzy. Strącona do piekieł przeklętej boleści przez chłód dwojga dłoni już nocy nie prześpisz.
Chłopiec wpadł w swoisty trans i zasnął. Natalia nie mogła uwolnić się od tego wzroku. To ma jakiś głębszy sens, coś chciał jej przekazać, cóż oczywiście nic z tego nie zrozumiała

środa, 12 października 2011

A może odrobina poezji???




Spotkanie
Trzeci stolik, wychudły wazonik
a na obrusie ciągle jeden
pożółkły dzwonek konwalii
i Ty, jak wtedy, z ubiegłotygodniowym
wydaniem od lokalnej kioskarki.

Mocna czarna, bez mleka
po staremu została
i zza szkiełka przez bruzdę
spojrzenie zadziorne,
mimo zmierzchów i świtów
to samo, bez dwóch zdań
pytanie o pracę domową.

Minęło kilka urlopów,
nie warto rozbijać zmartwień
o biały spodek
z pierwszym łykiem
dla towarzystwa.
*
Spacerem
wysadzili ją potomstwem cherlawym
starzejących się dębów i brzóz w menopauzie
bezładna serpentyna z brakiem dbałości
splątała ścieżki do twego odkrycia

mieszanina wody i czarnoziemu kusi spacerem
między otulonymi samotnością mogiłami
a na skraju błota jesteś bezimienny ocalony
z jedyną linijką do odczytania " obronił "

bez płomieni rozgrzewających wspomnienie
bez krzyża ciosanego ludzką troską
bez jednej "zdrowaśki" przy święcie

piątek, 7 października 2011

Zamiast wstępu

Czas – najwierniejszy świadek ludzkich historii, obiektywny obserwator upadków, sukcesów i degradacji wartości. Czas mój odwieczny wróg i troskliwy przyjaciel w jednej osobie. Ja – sama o sobie pisząca bez cienia nadziei, ja – niegdysiejsza matka dziwaka. Dziś wracam do pierwszej książki, w której tak bardzo starałam się oddać wszystkie zabłąkane myśli, wielorakie wątpliwości i niepojętą dla wielu obawę spędzającą wraz ze mną znakomitą część dotychczasowego życia. Tak, to ten właśnie strach stał się moim najwierniejszym towarzyszem, kalkomanią sumienia, zakładając, że takowe posiadam. Zgubiłam gdzieś w tej codziennej wędrówce siebie, przestałam wsłuchiwać się w myśli błądzące między wzajemnymi oskarżeniami. Zapomniałam, co tak naprawdę jest dla mnie priorytetem. W zasadzie mogłabym rzec:"nic się nie zmieniło" wciąż odpoczywam w przerwach, nadal wbijam się niczym zmęczony kocur w stary, bujany fotel i nasłuchuję krzyku własnego dziecka. W dalszym ciągu boję się tego słowa, które jeszcze pada z ust Kamila, choć z mniejszą niż wówczas częstotliwością. Jednak jest jeszcze coś, co trudno określić jednym zdaniem. Jest wyczerpanie, znużenie, jest nadzieja i rozczarowanie, wreszcie pragnienie spokojnego odpoczynku i lęk przed nagłym odejściem. I to, co najbardziej odziera ze złudzeń, pozbawia energii i wyniszcza ze zdwojoną siłą - poczucie klęski, brak wiary w siebie, samotność i zmanipulowanie. Dążysz do doskonałości, pragniesz stworzyć swojej rodzinie bezpieczny dom, chcesz mieć świadomość, że Twoje dzieci mają swój własny, niezagrożony przez nikogo azyl, tymczasem budzisz się pewnego dnia i dociera do ciebie, że to miejsce, o które z należytą dbałością troszczysz się wraz z rozpoczęciem każdego dnia, to zwykłe pobojowisko, ruina, na którą żadne z was niczym sobie nie zasłużyło. Spada na ciebie z wielkim hukiem i bije bezlitośnie po twarzy świadomość osobistej porażki. Jesteś nikim - dźwięczy kolejny raz w uszach i na nic się zdają próby zagłuszenia. Podchodzę do okna - tamci ludzie po drugiej stronie szyby, zdaje się nie mają tego typu dylematów. - Cholera, skąd w nich tyle spokoju? - pytam siebie nie pierwszy raz. Moja porażka wzięła się pewnie ze zbyt dużego "chciejstwa", nie przyszło mi nigdy do głowy, że nie można mieć wszystkiego. Ja miałam dzieci i to one powinny stać się kwintesencją mojego życia, ja pewnego dnia doszłam do wniosku, ze to zbyt wątły stan posiadania. Ja chciałam uszczęśliwić wszystkich na siłę i zagłaskałam jednak tego kotka, nie ważne, co mną kierowało, nie istotne przecież w jakim celu owego czułego głaskania się dopuściłam, liczy się efekt końcowy, a to biedne stworzonko bez ruchu leży na mich kolanach. Moje dzieci miały mieć dom, kochającą matkę i troskliwego ojca, mój autystyczny syn w dwójnasób zasługiwał na tę właśnie normalność, której nigdy nie umiałam mu zapewnić. Moje dzieci, za sprawą matczynej nieudolności i braku zdolności przewidywania, choć pewnie w tym miejscu należałoby napisać pospolitej głupoty, zyskały zamiast prawdziwego domu, arenę, na której odbywały się walki bez żadnych zasad. Tak, te właśnie dzieci, o których bezpieczeństwo walczyłam nie szczędząc sił, dostały ode mnie w pakiecie promocyjnym miejsca w pierwszych rzędach i stały się obserwatorami dzikich starć pomiędzy tak zwanymi rodzicami. Moje dzieci nie pytały, o zabawki, o wspólne spacery, czy choćby o bajki oglądane w telewizji, moje kochane dzieci pytały tylko :"mamo dlaczego na to pozwalasz? Mamo dlaczego on tak do ciebie mówi?" A ja, cóż nigdy nie udzieliłam im prostej odpowiedzi. Wracam więc dziś do tamtych zdarzeń, by odszukać siebie, może gdzieś pomiędzy kartkami własnej opowieści odnajdę i rozszyfruję zagadkę mojej nieporadności. Za sobą mam sześć lat rozmaitych doświadczeń, Kamil uczeń pierwszej klasy gimnazjum, Marta - pierwsza technikum i maluchy druga klasa szkoły podstawowej. Sukces jeśli jakiś był w naszym życiu, to udana socjalizacja Kamila. Mój autystyczny syn spotyka się z kolegami, samodzielnie robi zakupy, nauczył się rozmawiać z ludźmi bez unikania kontaktu wzrokowego. Kamil sam o sobie mówi - wyrastam z tego autyzmu. I nie ważne, że wciąż nie potrafi wiązać butów, nie nauczył się też jeździć na rowerze, i nadal zapomina, że nie wolno przerywać innym, mój "inny" syn z pewnością poradzi sobie kiedyś beze mnie. Czy wolno mi poczytywać to za niewątpliwe osiągnięcie, osobiście uważam, że mam powód do dumy. Jest jeszcze jedna rzecz, którą poczytuję za akt łaski, w pełnym tego słowa znaczeniu, wygrana walka z chorobą Marty, chorobą, której w zasadzie ja - matka nie zauważyłam. Mimo to dane nam było przejść przez nią obronną ręką. Porażka, wciąż uwiera mnie bardzo dotkliwie. Małżeństwo, z którym wiązałam tak wielkie nadzieje umarło śmiercią gwałtowną i nie do końca naturalną. Poległo na brutalnym polu bitwy, nie szczędząc nawet dzieci. Moje małżeństwo stało się źródłem cierpienia, wstydu i poczucia bezsilności, zamieniło się w klatkę, z której nie mogłam się wydostać, więzienie zniewalające z czasem nie tylko mnie ale i wszystkich domowników. W tej części mojej opowieści postaram się ukazać malutkie osiągnięcia i olbrzymie upadki. "Jestem matką dziwaka? - Nie, jestem dziwaczną matką!"

niedziela, 2 października 2011

Szpitalny hol, jak na tę porę dnia świecił pustkami, panowała cisza. Nawet w salach chorych, wyjątkowo nie było słychać rozmów. Anka wolno zmierzała w kierunku izolatki, zawsze bała się tej chwili. Przecież nikt nie chce stanąć twarzą w twarz ze śmiercią, jednocześnie świadomość uparcie powtarzała, że tak samo jak ona nie wyobraża sobie kolejnego uczestnictwa w tym bolesnym momencie, pewnie babcia broni się przed odejściem w samotności. Westchnęła ciężko i uchyliła drzwi sali. Ze strachem spojrzała na, jak jej się zdawało śpiącą staruszkę, poczuła ulgę, gdy zaciśnięte powieki otworzyły się, a uniesiona z trudem ręka pomachała jej na powitanie. - Cześć babcia - zawołała Anka z niekłamaną radością i zbliżyła się do krewnej, by jak zawsze ucałować jej czoło. - Cześć - wyszeptała seniorka, zmęczonym głosem. - Śniadanie już było? - zagadnęła Anka gładząc zmierzwione prawie zupełnie białe włosy. - No, wszystko zjadłam - odrzekła babcia i rezolutnie potwierdziła skinieniem głowy. - To dobrze - Anka sięgnęła po stojące przy ścianie krzesło i przystawiła je blisko łóżka chorej. Babcia błądziła wzrokiem po ścianach, w pewnej chwili popatrzyła na Ankę ze smutkiem, a w niemal przezroczystych już oczach pojawiły się łzy, nie powiedziała jednak ani słowa, tylko pomarszczona dłoń uchwyciła białe, metalowe szczebelki szpitalnego łóżka i z olbrzymim skupieniem ściskała jeden po drugim. - Co się stało babciu? - Anka wstała z krzesła, kucnęła przy poręczy łóżka i uwolniła trzymające kurczowo poprzeczki palce. Złapała dłoń babci w swoją, drugą ręką przejechała po pomarszczonej skórze na grzbiecie dłoni. - Boli? - Nic mnie nie boli - odpowiedziała. Hałas rozległ się po całym korytarzu, brzęk talerzy uświadomił Ance, że właśnie roznoszone zostaje śniadanie. Babcia nie mogła więc zjeść go wcześniej. Wystawiła głowę zza drzwi, w jej kierunku zmierzała pielęgniarka z miseczką wypełnioną mało apetyczną papką. - O dobrze, że pani jest, mamy dziś niezły kocioł na oddziale. Nakarmi pani swoją babcię? - zapytała podając Ance danie. - Oczywiście - odrzekła. Postawiła miseczkę na szafce i łapiąc babcię pod ręce uniosła ją do pozycji półsiedzącej. - No babcia jemy śniadanko - uśmiechając się, dobrze wiedziała, że staruszka odbiera jej uśmiech jako wymuszoną przez okoliczności pozę. Musiała przecież jakoś się zachować, czy okazywanie smutku byłoby lepsze w tej chwili? - Nie chce mi się jeść, już jadłam - babcia zasłoniła ręką usta. - Musisz jeść - Anka spokojnie przekonywała krewną. - Babcia przecież chcesz iść do domu prawda? - zapytała bez przekonania. poczuła się w tym momencie jak pospolity oszust, jakim prawem wzbudza w staruszce nadzieję. Do jakiego domu? - pomyślała, przecież babcia dobrze wie, że nigdzie stąd nie wyjdzie. - Troszeczkę - seniorka przerwała rozmyślania swojego gościa. Kilka łyżek kleistej papki wywołało u chorej uczucie sytości, zdecydowanie odmówiła przyjęcia większej ilości pokarmu. Anka odniosła naczynie do szpitalnej kuchenki, a gdy ponownie znalazła się w sali babci, zaniemówiła na widok krewnej rozmawiającej ze ścianą. Kobieta wskazywała dłonią punkt tuż nad drzwiami i ledwie słyszalnym głosem tłumaczyła coś, chwilę później spojrzała przytomnie na żonę wnuka jakby chciała powiedzieć jej, że za chwilę wróci do rozmowy z nią jak tylko skończy rozpoczętą konwersację z kimś koga Anka dostrzec nie mogła. Spojrzenie chorej było bardzo świadome i oczekiwała aprobaty. - Kiedy po mnie przyjdziesz? - babcia najwidoczniej nie usłyszała odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie, bowiem nerwowo machnęła ręką i zwróciła się do Anki. - Krzysiek przyjdzie? - Tak babciu, przyjdzie jak ja wrócę do domu.