Lacrimosa

Loading...

sobota, 22 października 2011

Kilka dni wyjętych z tego roku.

Środa
Obudziłam się rano, bez specjalnego przekonania podniosłam głowę z poduszki, wszystko wydało mi się jakieś dalekie, obce. Dobrze, że choć dźwięki dochodzące z sąsiedniego pokoju uznałam za znajome. Młody obudził się pierwszy i oczywiście pierwszą rzeczą jaką zrobił było odpalenie telewizora. Tak bardzo nie chciało mi się wstawać z łóżka, podciągnęłam się jednak, powoli, ociężale zwlokłam się jakoś. Leżał na przeciwległym krańcu narożnika, on, ten, któremu kilka lat wcześniej powierzyłam siebie i dzieci. Pochrapywał cicho, a ja zastanawiałam się skąd ten człowiek się wziął...Odruchowo dotknęłam policzka, więc to nie był zły sen
Uszykowałam dzieci do szkoły i zabrałam się za robienie kanapek. Wróciłam do pokoju, przykładnie jak gdyby nigdy nic wstał, zrobił kawę i spojrzał na mnie solidnie zdziwiony. Po raz, nie umiem już zliczyć który z oczu wyziera to niewiniątko, ten piekielnie udręczony, niezrozumiany przez podłą szmatę, z którą niechcący się ożenił, skrzywdzony ideał. Przecież on nic złego nie robi, popatrz na niego pusta kobieto, każdego ranka odprowadza dzieci do szkoły, czegóż więcej można chcieć...
Poszedł jak zawsze z dzieciakami, a ja znów wbiłam się w łóżko jeszcze chwilkę poleżę, ostatnimi czasy gnicie w pościeli to moje ulubione zajęcie. Spróbuję popisać trochę, muszę wreszcie skończyć tę książkę...Nie ma silnych, palce nie składają mi się na klawiaturze tak jak powinny. Patrzę na ekran, pięć minut ogromnego skupienia i jakiś szczególny potworek językowy, nadający się tylko do potraktowania go deletem.
Jestem jak zalana wodą świeczka. Czy to możliwe, aby skruszyć się we własnych dłoniach? Oślepnąć i widzieć wszystko jednocześnie? Odpuszczam sobie pisanie i tak dziś tylko filozoficzne rozmyślania, zaśmiecają mi mózg.
W zasadzie cóż takiego się stało, przecież to tylko zwykły policzek, kurwa on nic takiego nie zrobił, cytując jego słowa. Głupia kobieto, mogłaś nie odpowiadać na wyzwiska, przecież wystarczyło sie przymknąć.... Machnęłam laptopem. I już słyszę wczorajszy dzień.
*
- Chleb ze smalcem będziecie jedli - wrzasnął z kuchni do dzieci.
Jak zawsze w podobnych chwilach, usiłowałam wytłumaczyć, że nie można robić dzieciom kolacji od dwóch tygodni z tym samym. Zagotował się w środku, skoro on mówi, że trzeba to trzeba. Kto mi dał prawo do zabierania głosu. Teraz mnie trafiło coś, jak można tak żyć.
- Słuchaj, ja już nie mogę na to jedzenie patrzeć, co dopiero dzieci...
Rzucił chlebem w kąt.
- Idę na piwo! - krzyknął.
- Gdzie? - Nie do wiary, on idzie na piwo, w czasie kiedy jak sam twierdzi zbyt dużo opłat było i trzeba oszczędzać. - Gdzie ty idziesz? Na piwo? Nie stać nas na twoje piwo. - Odpowiedziałam.
Włożył buty i obrzucił mnie tym swoim nienawistnym, szyderczym śmiechem. Trzasnął drzwiami. Stałam nieruchomo w korytarzu i nie mogłam uwierzyć.
- Zdechniesz kurwo - darł się na klatce schodowej.
Stałam bez ruchu, wyzwiska sypały się jeszcze z podwórka.
- Dlaczego on jest taki podły? - Młody złapał mnie za rękę i spojrzał ze smutkiem w oczy.
Rano zobaczyłam go spiącego na podłodze.
- Ty zdechniesz pierwszy - powiedziałam dość spokojnie, gdy wstał z tym swoim głupawym uśmiechem. - Nie jestem kurwą, a już z pewnością nie dla ciebie. To ja cie utrzymuję, nie ty mnie więc pomyśl kto w tym domu za kurwę robi - ruszyłam z monologiem, mając przecież wciąż nadzieję, że coś dotrze do niego z mojego gadania.
- Ty kurwo - powtórzył i zasiadł przed komputerem.
- Ja kurwa? To ty dziwka - oddałam.
Wstał, podszedł do fotela na którym siedziałam i nim się zorientowałam poczułam ciepło, palące ciepło na policzku. - Nigdy do mnie tak nie mów, chciałaś to masz - powiedział i znów wyszedł pić.
*
Tak dziś pójdę poszukać pomocy, przecież muszę coś zrobić. Policja - pomyślałam i naraz wystraszyłam się tej myśli. Wszyscy mnie tu znają, cholera taki kanał...co im powiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz