Lacrimosa

Loading...

niedziela, 20 listopada 2011

Samotność

Jeszcze jeden poranek, zasnuty szarym szalem pejzaż za oknem. Nieśmiało, odchylam firankę, sama nie wiem, co tak właściwie spodziewam się ujrzeć po drugiej stronie szyby. Jest niedziela, z oddali dochodzi do mnie odgłos kościelnych dzwonów. Pewnie wzywają na mszę, ale dla mnie to zbyt duży wysiłek. A może jednak, wcisnąć się gdzieś między te zadowolone rodziny, stanąć ramię w ramię z uśmiechniętymi żonami i troskliwymi mężami? Przerwać ten ich sielski spokój, patrząc prosto w twarz, albo spuścić z uwięzi własne rozczarowanie, niech poszuka innego żywiciela. Tak, w tym tłumie zasłuchanych ludzi, z pewnością znalazłoby siedlisko.
Kościół, czymże dla mnie mógłby w tym momencie się jawić? Przecież On i tak widzi mnie, zza kłębów mięciutkich chmur, zza całej armii posłusznej straży potrafi dostrzec mnie, niby niewidzialną, nieważną acz istniejącą, bo tak właśnie zmajstrował mi wędrówkę. Ciekawe o czym myśli, obserwując doczesność mojej niewiary, mojego zwątpienia, czy mojej wściekłości, na Niego też, a może na Niego najbardziej.
Podobno wystarczy oswoić ból, by przestać odczuwać, a co jeśli ten ból chodzi od lat przy nodze jak najwierniejszy przyjaciel? Zaciągam się trucizną z papierosa, jednak nie zabija tak szybko. Wiem, wiem mam dzieci, tylko co, jeśli one wcale matki nie mają?
Z ekranu zerka jakiś gość, śpiewa sobie nostalgiczny kawałek, ciekawe czy wszystkiego da się wyuczyć? Radości, smutku. Czy jest coś czego nie da się wyreżyserować?
Zastanawiam się, czy jeszcze w ogóle coś czuję, czy to tylko złudzenie posiadania czegoś na kształt sumienia, wyprana z emocji w obezwładniającym nieróbstwie wbiłam się znowu w stary fotel. Niczego tak bardzo się nie boję jak tej przeklętej samotności. Butelka wina ląduje na ławie, a ja kolejny raz uświadamiam sobie, że nawet wypić nie mam za co. Moja lampka nie zabrzęczy tym słodkim odgłosem otarcia o drugą. Jak to dobrze, że rzeczy nie odczuwają niczego. Samotna kawa, samotna lampka wina, wszystko bez pary, bez świadomości współistnienia, bez możliwości zakosztowania dotyku, bez nadziei.
Próbowałeś kiedyś okiełznać własną dzikość? Wyrwać siebie samego z zamyślenia? Próbowałeś zamknięty w szczelnej puszcze, zaczerpnąć powietrza?
To jest mój Kościół, moja własna uroczystość, mój jedyny ołtarz.
Za plecami wszystkie moje strachy, melancholia delikatnie skrobie mnie za uchem. Niby mam wszystko, a nic nie posiadam. Jestem czyjaś, nikogo nie mając u boku. Bezsilność szepcze te same historyjki od wielu lat, a ja wciąż słucham z nie mniejszym zainteresowaniem. W tym fotelu moja zewnętrzna skorupa otula się wszechogarniającą niemożnością rozpoznania ludzi, pałętających się po moim królestwie.
Tak mój Kościół nie znosi tłumu.

1 komentarz:

  1. Straszna samotność pięknie ubrana w słowa.
    Zapraszam więc na kawę,może wleję trochę optymizmu w tą czarną duszę.
    Pozdrawiam ,Dorota.

    OdpowiedzUsuń